Albo wygra Hillary Clinton, albo porządek ekonomiczny, jakim go znamy, będzie zagrożony – tak w największym uproszczeniu można streścić opinie ekonomistów przed wtorkowymi wyborami prezydenckimi w Stanach Zjednoczonych. Reprezentujący Partię Republikańską Donald Trump zamierza renegocjować niekorzystne w jego opinii umowy handlowe podpisane przez USA albo wręcz się z nich wycofać. Zagrożona jest na przykład NAFTA, czyli Północnoamerykańska Strefa Wolnego Handlu, łącząca od 1994 r. Stany Zjednoczone, Kanadę i Meksyk. Negocjowane przez 12 lat Partnerstwo Transpacyficzne, wielostronną umowę regulującą zasady handlu między USA i jedenastoma państwami regionu Azji i Pacyfiku, Trump nazywa „katastrofą” i „gwałtem” na swoim kraju. Ogromny deficyt handlowy Ameryki w handlu z Chinami zamierza zwalczać za pomocą ceł. Jednocześnie kandydat republikanów chce zniechęcać amerykańskie firmy do przenoszenia produkcji poza granice Stanów Zjednoczonych, w miejsca, gdzie koszty produkcji są niższe. Na przykład do Meksyku.

– Po Brexicie, kiedy mieliśmy do czynienia z gwałtowną reakcją na niespodziewane wyniki brytyjskiego referendum, rynki czegoś się nauczyły. Teraz inwestorzy starają się z pewnym wyprzedzeniem dyskontować przyszłe wydarzenia. Dobrze widać to na rynku akcji, gdzie mamy pierwszą od kilku kwartałów wyraźną poprawę wyników amerykańskich korporacji i bardzo dobre odczyty wskaźników PMI, obrazujących kondycję przemysłu, praktycznie na całym świecie, ale towarzyszą temu spadki kursów akcji – ocenia Krzysztof Stępień, główny analityk DM PGE.

W uproszczeniu – republikański kandydat na prezydenta zamierza dokonać „Brexitu w wydaniu amerykańskim”. Tym razem chodzi o ograniczenie ekonomicznej aktywności na świecie największej w skali globu gospodarki. Eksperci oceniają, że doprowadzi to do zaburzeń w międzynarodowym handlu, przepływach kapitału i wojen handlowych, których ofiarą będzie nie tylko Meksyk, ale właściwie wszystkie państwa na świecie. Obniży się tempo wzrostu gospodarczego, firmom trudniej będzie powiększać przychody i zyski. Dla amerykańskich korporacji utrudnienie działania na rynkach zagranicznych może być bolesne, bo ponad połowa przychodów przedsiębiorstw wchodzących w skład indeksu S&P 500 pochodzi spoza Stanów Zjednoczonych. Bessa na Wall Street, która wyznacza trendy na globalnych rynkach akcji, może być zatem pierwszym wymiernym efektem zwycięstwa Trumpa. Ten scenariusz inwestorzy wydają się uwzględniać, bo w ciągu ostatniego miesiąca S&P 500 stracił na wartości ponad 3 proc. W minionym tygodniu znalazł się na najniższym poziomie od czterech miesięcy. Niemal identycznie przebiegają notowania w strefie euro i Wielkiej Brytanii.

Tego, że z punktu widzenia rynku akcji dużo korzystniejszym rozwiązaniem byłoby zwycięstwo Hillary Clinton, dowodzą także porównania historycznych stóp zwrotu. Od początku XX wieku za rządów prezydentów wywodzących się z Partii Demokratycznej kursy na rynku akcji rosły o 7 proc. średnio na rok, biorąc pod uwagę zmiany indeksu Dow Jones Industrial Average. W czasie rządów prezydentów republikańskich zyski wynosiły 3 proc. rocznie. Powojennym rekordzistą jest Bill Clinton. W trakcie dwóch kadencji męża obecnej kandydatki na prezydenta można było zarobić na rynku akcji 16 proc. rocznie, a tylko niecałe 2 pkt proc. ustępuje mu pod tym względem Barack Obama. Z kolei w trakcie 8-letnich rządów republikanina George’a W. Busha kursy akcji spadały w tempie 3,5 proc. na rok.

– Ewentualna wygrana republikanina Trumpa po dwóch kadencjach demokraty Obamy bardzo przypominałaby przejęcie władzy przez George’a W. Busha od Billa Clintona. Wkrótce potem bonanza z czasów Clintona dobiegła końca i rozpoczęła się na rynkach akcji „stracona dekada”. Tylko trudno obwiniać za to samego Busha, bo o załamaniu hossy zdecydowały podwyżki stóp procentowych, które doprowadziły do przekłucia tzw. bańki internetowej – zwraca uwagę Tomasz Hońdo, główny analityk Quercus TFI.

Pytanie o to, czy rzeczywiście w zależności od przynależności partyjnej można jednoznacznie stwierdzić, że jeden z kandydatów byłby lepszy od drugiego, wydaje się bardzo zasadne. Jak sugerują badania naukowców – na przykład Seana D. Campbella i Calin Li z Departamentu Analiz i Statystyki Rezerwy Federalnej – czynników decydujących o zachowaniu kursów akcji jest zbyt wiele, żeby można było stwierdzić, że kandydat jednej partii jest lepszy od drugiego. Bardzo istotny jest na przykład punkt startu. Prezydentura Obamy zaczęła się w dołku kryzysu. Clinton obejmował rządy na początku najdłuższego w historii wzrostowego cyklu gospodarki USA. To trudno pominąć w analizach stóp zwrotu.

>>>Czytaj więcej: Trump kontra polska waluta i obligacje. Jak zachowa się rynek?

Obecnie sytuacja jest zupełnie inna – amerykańska gospodarka znajduje się w fazie ożywienia od lipca 2009 r. i jest to czwarty co do długości trwania okres bez recesji w historii Stanów Zjednoczonych. Stopa bezrobocia spadła do 4,9 proc. To poziom, przy którym stopniowo pojawia się już presja na wzrost płac prowadząca do inflacji. Wygasa także spadkowy cykl na rynku surowców. Trwająca pięć lat przecena – od wiosny 2011 r. do stycznia 2016 r. – doprowadziła do zatrzymania inwestycji w nowe moce wydobywcze w tym sektorze i stopniowej likwidacji przewagi podaży nad popytem. Obecnie ceny surowców stopniowo podnoszą się z dna, co jest kolejnym czynnikiem sprzyjającym wzrostowi inflacji. Na te trendy kandydaci na urząd prezydenta nie mają wielkiego wpływu.

Tym samym amerykański Fed, który w grudniu zeszłego roku podniósł podstawową stopę procentową o 0,25 proc., do 0,25–0,50 proc., po czym zamroził cykl zacieśniania polityki monetarnej, coraz częściej wysyła sygnały, że jednak wróci do podwyżek. Według ekspertów najbliższa może nastąpić już w grudniu, kolejne – w 2017 r. Tymczasem polityka zerowych stóp procentowych, a także prowadzone w latach 2008–2014 luzowanie ilościowe były jednym z ważnych czynników wspierających hossę na rynku akcji. Zacieśnianie polityki monetarnej oznacza wyższe koszty finansowe dla przedsiębiorstw i niższą płynność w systemie finansowym, która służyła jako paliwo do wzrostów notowań.

– Zwycięstwo Trumpa mogłoby spowodować opóźnienie w cyklu zacieśniania polityki monetarnej. Nowy prezydent obejmie urząd w styczniu, nim podejmie pierwsze działania, minie zapewne kilka miesięcy. Fed mógłby się wstrzymywać z podwyżkami, biorąc pod uwagę niepewność związaną z kształtem polityki gospodarczej nowego prezydenta. Chociaż zagrożenia związane z Trumpem są nieco wyolbrzymione, bo nawet jeśli kandydat na prezydenta mówi poważnie o zerwaniu umów handlowych podpisanych przez Amerykę, to nie sądzę, żeby Kongres mu na to pozwolił – zwraca uwagę Marek Rogalski, główny analityk walutowy DM BOŚ.

Paradoksalnie zatem zwycięstwo Trumpa mogłoby być korzystniejsze z punktu widzenia rynków akcji.

– Bez względu na wynik wyborów po tym, jak się odbędą, zniknie niepewność i inwestorzy zapewne znów zaczną brać pod uwagę korzystne dane makroekonomiczne. Wybory nie skończą hossy na Wall Street, ale z czasem zrobią to podwyżki stóp ze strony Fed – uważa Krzysztof Stępień. ⒸⓅ