Celem projektu było zmniejszenie koncentracji w prasie, radiu, internecie i telewizji, a w efekcie – repolonizacja mediów. Ograniczenie udziałów rynkowych w poszczególnych segmentach uderzyłoby bowiem w spółki z obcym kapitałem, które należą do największych graczy.

Oficjalnie rezygnacji z tego planu Prawo i Sprawiedliwość nie ogłosiło. – Założenia dekoncentracji mogę w każdej chwili bez zbędnej zwłoki przełożyć na projekt ustawy – mówi Paweł Lewandowski, wiceminister kultury. Przyznaje zarazem, że obecnie nikt tego od niego nie oczekuje.

O ile bowiem jeszcze pół roku temu prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński zapowiadał w TV Trwam, że po „załatwieniu” sprawy sądów przyjdzie pora na dekoncentrację mediów, o tyle teraz narracja partii rządzącej zmieniła się na „nie ma żadnego pośpiechu”. Tak mówił kilka dni temu premier Mateusz Morawiecki na spotkaniu z korespondentami zagranicznymi w Polsce.

– To znaczy, że pomysł zniknął – podsumowuje Andrzej Zarębski, ekspert ds. mediów i były członek KRRiT. – Myślę, że stało się tak głównie z dwóch powodów. Po pierwsze, rząd nie znalazł legalnego sposobu, by prawo dekoncentracyjne działało wstecz, przebudowując już ukształtowany rynek. Po drugie, zrozumiano, że polskie media są częścią międzynarodowego organizmu i nie można ignorować kierujących nim zasad, w tym wolności słowa. Ten drugi argument przeważył niedawno przy uchyleniu kary nałożonej przez KRRiT na TVN – dodaje.

Nadawcy i wydawcy nie chcą oficjalnie komentować zawieszenia na kołku planów dekoncentracyjnych. Nieoficjalnie przyznają, że poczuli ulgę – ale też nie tracą czujności. Bo choć sprawa TVN – telewizji należącej do amerykańskiej firmy Scripps Networks – zakończyła się po myśli spółki, to pokazuje też, że kij na media zawsze się znajdzie. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji w grudniu 2017 r. kazała TVN zapłacić 1,5 mln zł kary za to, że relacjonując w grudniu 2016 r. blokowanie mównicy w Sejmie i protesty przed budynkiem parlamentu, kanał TVN24 – zdaniem regulatora – propagował „działania sprzeczne z prawem”. Chodziło o wydarzenia, które Jarosław Kaczyński nazwał próbą puczu. KRRiT uznała, że TVN24 zachęcał widzów do udziału w zgromadzeniu przed Sejmem i prezentował sprawę jednostronnie. Trzeba było kilku spotkań przewodniczącego rady z nadawcą, wystąpień organizacji dziennikarskich i oświadczenia Departamentu Stanu w USA w obronie stacji, by 10 stycznia kara została uchylona.

W kręgach PiS mówi się, że z częścią spraw, które miała załatwić ustawa dekoncentracyjna, upora się Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Może on np. sprawdzić, czy ktoś nie ma zbyt dużego udziału w rynku reklamowym. Tu na cenzurowanym są TVN i Polsat. Ich biura reklamy kontrolują odpowiednio ok. 40 i 30 proc. rynku reklamy telewizyjnej. Sprzedają nie tylko czas swoich anten, są także pośrednikiem dla mniejszych nadawców, takich, których udział w widowni wynosi kilka procent, ale i poniżej procentu. Dekoncentracyjne działania na tym polu uderzą więc rykoszetem w małe spółki. Bez dużego pośrednika przepadną one w negocjacjach cenowych z domami mediowymi.

Zanim być może ureguluje reklamę, UOKiK zajmuje się firmą Polska Press, którą w swoich oficjalnych komunikatach określa mianem „niemieckiego wydawcy”. Posiadająca gazetę ogólnopolską i pisma regionalne spółka przejęła kontrolę nad firmą Media Regionalne. UOKiK zgodził się na to w 2013 r., pod warunkiem że Polska Press w ciągu roku sprzeda niezależnemu podmiotowi „Dziennik Wschodni” i jego serwisy internetowe. Teraz analizuje, czy wydawca się wywiązał (spółka zapewnia, że tak), czy też zasłużył na karę: 10 tys. euro za każdy dzień opóźnienia.

Poprzedni rok, choć upłynął pod znakiem dekoncentracji, to zakończył się transakcją zwiększającą koncentrację. Mniejszy nadawca, ZPR Media, sprzedał kilka swoich kanałów jednemu z największych graczy, Polsatowi. ⒸⓅ

>>> Polecamy: Ikea zachęca: Nasikaj na reklamę. Możesz dostać zniżkę