Akcja kredytowa nie rośnie szybko, bo jest powściągana przez trzy hamulce:

1. Pierwszym są rosnące wymogi kapitałowe dla banków. Dotyczy to sektora bankowego na całym świecie.

2. Drugi włączył się na początku tego roku i jest nim odpływ depozytów z ekstremalnie nisko oprocentowanych lokat bankowych. W przypadku depozytów sektora niefinansowego w bankach w ciągu pierwszych ośmiu miesięcy tego roku ubyło 7,4 mld zł – podaje NBP. W wyniku tego już w kwietniu wartość udzielonych kredytów przekroczyła wartość depozytów i wskaźnik LTD, po kilku kwartałach spadku znowu jest większy niż 100 proc.

3. Trzeci hamulec to wycofywanie finansowania z polskich spółek przez zagraniczne matki. Od stycznia do lipca tego roku zmniejszyło się ono o 14,5 mld zł. To dane Bankowego Funduszu Gwarancyjnego (BFG).

Hipoteki z ryzykiem stopy

Największy odpływ depozytów nastąpił w styczniu. Potem sytuacja zmieniała się z miesiąca na miesiąc, ale poziom z końca zeszłego roku nie został wyrównany. Odpływ spowodowany był głównie spadkiem depozytów przedsiębiorstw, bo gospodarstwa domowe do końca sierpnia zasiliły rachunki w bankach o dodatkowe 9,8 mld zł. To i tak nieporównywalnie mniej niż w latach poprzednich. Przypomnijmy, że zobowiązania banków wobec sektora niefinansowego zwiększały się od 27,5 mld zł do 32 mld zł przez pierwsze osiem miesięcy każdego z poprzednich lat.

Przyrost depozytów od ostatniego kwartału 2015 roku wyprzedzał akcję kredytową, ale równocześnie ją ciągnął. Teraz banki znalazły się w sytuacji, w której ten motor przestał pracować. Według danych BFG na koniec lipca suma bilansowa sektora bankowego skurczyła się o 3,5 mld zł w stosunku do końca zeszłego roku, przy czym największy spadek nastąpił w I kwartale. W następnych miesiącach następował bardzo powolny wzrost.

Zmniejszenie depozytów zbiegło się w czasie (z dwumiesięcznym opóźnieniem) z wejściem stóp procentowych do strefy wartości realnie ujemnych. Ciułacze, którzy chcą, żeby ich pieniądze nie traciły na wartości, mają w zasadzie tylko jedną alternatywę – kupować nieruchomości. I właśnie w tym segmencie narasta ryzyko kredytowe.

Trend do lokowania oszczędności w nieruchomościach nasilał się od czasu, gdy stopy procentowe zmierzały ku najniższemu pułapowi w historii. Wyraźny wzrost popytu na rynku nieruchomości obserwowany był w ubiegłym roku. O ile jednak wcześniej nieruchomości kupowane były w dużej części za wycofywaną z banków gotówkę, obecnie widać bardzo wyraźnie, że zakupy te są w coraz większym stopniu wspomagane kredytem, i to coraz wyższym.

Raport Biura Informacji Kredytowej „Kredyt Trendy” pokazuje, że w I półroczu banki udzieliły 108 tys. kredytów mieszkaniowych, czyli o 5,7 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2016 roku, na sumę 23,8 mld zł, czyli o wartości o 12,7 proc. wyższej. Stało się tak wskutek znacznego spadku sprzedaży kredytów hipotecznych na kwoty do 100 tys. zł, a więc takich, które wcześniej stanowiły „uzupełnienie” relatywnie wysokich środków własnych kredytobiorcy.

W ten sposób średnia wartość kredytu rośnie, a przy tym rośnie też LtV. Dane ośrodka AMRON SARFiN pokazują, że w II kwartale tego roku banki zwiększyły liczbę kredytów udzielanych z LtV na ponad 80 proc. wartości nieruchomości do 49,18 proc. całej puli, czyli o 4,66 pkt proc. w porównaniu z poprzednim kwartałem.

Przypomnijmy, że przed wprowadzeniem Rekomendacji S w 2014 roku banki udzielały ponad 60 proc. kredytów na LtV znacznie przekraczającą 80 proc. Ale w II kwartale odsetek kredytów o najwyższym możliwym LtV należał do największych od początku obowiązywania rekomendacji.

Komisja Nadzoru Finansowego poucza banki już od 2015 roku o tym, w jaki sposób powinny badać zdolność kredytową, jakie powinny przyjmować założenia dotyczące wskaźnika długu do dochodu (DtI) i symulacje odporności tego wskaźnika na wzrost stóp. Na początku 2015 roku WIBOR 3M, stanowiąca podstawę do oprocentowania największej części kredytów hipotecznych, wynosiła 1,65 proc. (obecnie 1,73 proc.), podczas gdy w 2008 roku sięgała 7 proc., a w 2000 roku – 20 proc. Komisja Nadzoru Finansowego (KNF) publikowała też symulacje wzrostu raty kredytu zaciągniętego w warunkach historycznie najniższych stóp, gdy stopy te wzrosną. Czy to przyniosło rezultaty?

„Mając na uwadze niewłaściwe praktyki obserwowane w obszarze udzielania kredytów mieszkaniowych, polegające m.in. na akceptowaniu przy wyliczaniu zdolności kredytowej zaniżonych kosztów utrzymania oraz niedoszacowaniu ryzyka stopy procentowej, KNF wydała bankom indywidualne zalecenia. Bieżący monitoring wskazuje, że niektóre banki pozostają opóźnione w kwestii aktualizacji kosztów utrzymania, a niektóre nadal stosują nieadekwatne bufory na ryzyko stopy procentowej” – napisała KNF w ostatnim „Raporcie o sytuacji Banków”.

Według danych BIK po siedmiu miesiącach tego roku banki udzieliły pod względem wartościowym o 13,7 proc. więcej kredytów hipotecznych niż w analogicznym okresie roku poprzedniego. Na pewno nie wszystkie kredyty hipoteczne udzielone w okresie najniższych stóp procentowych w historii nie są odporne na ryzyko wzrostu stóp. Dane o akcji kredytowej pokazują, że pula ta prawdopodobnie właśnie dynamicznie rośnie.

Coraz wyższe kredyty konsumpcyjne

Wzrost rynku kredytów konsumpcyjnych także przyspiesza. Gdy w ciągu pierwszych ośmiu miesięcy 2013 roku wzrost wartości bilansowej tych kredytów wyniósł zaledwie 0,2 proc., rok później było to już 3,2 proc. Po ośmiu miesiącach tego roku stan bilansowy kredytów konsumpcyjnych zwiększył się o 6,1 proc.

Według danych Biura Informacji Kredytowej (BIK) od stycznia do lipca tego roku banki udzieliły nieco ponad 4 mln nowych kredytów konsumpcyjnych o wartości 45,4 mld zł, czyli o 3,1 proc. wyższej niż w porównywalnym okresie 2016 roku. W ujęciu wartościowym nastąpił też wzrost limitów w kartach kredytowych (o 4,4 proc.) i w rachunkach bieżących (o 5,2 proc.).

Choć stopy są nadal najniższe w historii, raport BIK za sierpień pokazuje, że jakość kredytów konsumpcyjnych lekko się pogarsza. Każdego miesiąca „przeterminowuje się” na ponad 90 dni, a więc wchodzą w stan niespłacalności kredyty konsumpcyjne o wartości ponad 530 mln zł, w porównaniu do 280 mln zł kredytów mieszkaniowych .

W dodatku dane o sprzedaży kredytów pokazują, że ryzyko z nimi związane nie polega na silnym przyroście wartości bilansowej ani na nowej sprzedaży, ale na tym, że banki starają się udzielać takich kredytów na jak najwyższe kwoty. Duży kredyt konsumpcyjny ma już taką wartość, jak niewielka hipoteka, których banki sprzedają zresztą coraz mniej.

BIK zauważa, że liczba zadłużonych w kredytach konsumpcyjnych jest stała, nieco przekracza 8 mln osób, a nawet lekko spada, natomiast zadłużenie rośnie. Wynika to z tego, że banki udzielają większej liczby kredytów na coraz wyższe kwoty, wydłużając przy tym często terminy spłaty. Powtarza się więc mechanizm, który przed kryzysem dotyczył hipotek (przy czym wtedy w znacznej części był on stymulowany wzrostem cen nieruchomości).

I tak średnia wartość kredytu konsumpcyjnego, która w I półroczu zeszłego roku wynosiła 16 294 zł wzrosła do 17 125 zł w I półroczu tego roku, a więc o 5,1 proc. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy tego roku banki udzieliły o 6,1 proc. mniej kredytów do 4 tys. zł, za to kredytów powyżej 100 tys. zł – aż o 15,1 proc. więcej niż przed rokiem.

Banki robią w ten sposób miejsce w segmencie kredytów na niższe kwoty firmom pożyczkowym, które ze swej strony także śrubują wysokość udzielanego finansowania. Sektor finansowania pozabankowego, zwłaszcza konsumenckiego, rośnie w całej Europie, USA i od dawna już w Chinach. Raport organizacji Eurofinans zrzeszającej federacje firm pożyczkowych w 17 krajach Europy, a także z Turcji podaje, że nowa produkcja pożyczek konsumenckich w I półroczu tego roku wzrosła o 5,9 proc. rok do roku. Na największym rynku brytyjskim odnotowano wzrost o 4,9 proc., ale już w Niemczech – o 7,7 proc., a w Hiszpanii – o 10,9 proc. Na stosunkowo niewielkim i młodym pod tym względem szwedzkim rynku nastąpił wzrost aż o 67,1 proc. 

W Polsce firmy pożyczkowe (zasilające bazy BIK) mają 426 tys. klientów w porównaniu do 15,2 mln zadłużonych w bankach. Nieco ponad 80 proc. z nich ma równocześnie zobowiązania w bankach. Wśród nich jest blisko 40 tys. osób, które BIK określa jako klientów nadaktywnych, czyli mających więcej niż dziesięć zobowiązań w obu sektorach. To klienci najbardziej ryzykowni.

Pomimo lekkiego pogorszenia w stosunku do poprzednich miesięcy na razie jakość kredytów konsumpcyjnych w bankach jest dobra. BIK zauważa prawidłowość, że systematycznie „psują się” one do 36 miesiąca spłaty, a potem „szkodowość” stabilizuje się na poziomie ok. 4 proc., czyli trzykrotnie niższym niż kredytów udzielanych w 2008 roku. Byłaby to dobra wiadomość, gdyby nie fakt, że kredyty na wyższe kwoty, a zwłaszcza te na dłuższe terminy, zderzą się boleśnie z cyklem podwyżek stóp. I w tym segmencie może dojść do zwiększenia niespłacalnych zobowiązań.

Wrażliwość firm na wzrost stóp

Przyspiesza także akcja kredytowa dla przedsiębiorstw. W ciągu pierwszych ośmiu miesięcy tego roku stan bilansowy tych kredytów wzrósł o 19,5 mld zł, czyli o 5,7 proc. w stosunku do końca zeszłego roku. Pierwsze osiem miesięcy ubiegłego roku był to wzrost o 16,5 mld zł, czyli o 5,1 proc. Ale w tym samym okresie 2015 roku stan bilansowy kredytów dla firm wzrósł o 22,5 mld zł, czyli o 7,5 proc. Trudno zatem mówić tu o boomie.

W segmencie przedsiębiorstw banki ze znacznie większą ostrożnością podchodzą do perspektywy podwyżki stóp, starając się, by klienci zabezpieczyli zobowiązania.

– Firmy z dużym obrotem i niską marżą, powiedzmy rzędu 1 proc., mogą być bardzo wrażliwe na wzrost stóp. Klienci już z wyprzedzeniem zawierają swapy na stopę procentową na 2-3 lata do przodu – mówił podczas październikowego spotkania bankowców Dariusz Kucharski, członek zarządu HSBC Polska.

Cytowany raport BIK zwraca uwagę, że w I półroczu nastąpił wzrost portfela kredytów dla mikroprzedsiębiorców – w ujęciu liczbowym o 9,3 proc., a wartościowym o 11 proc., do 62 mld zł. To znacznie większa dynamika niż dla dużych przedsiębiorstw czy też małych i średnich firm. Gdy wziąć pod uwagę nowe kredyty, to banki udzieliły ich o 7,7 proc. więcej na kwotę o 1 mld zł wyższą, czyli o 9,7 proc. więcej niż rok wcześniej. W sumie było to 11 mld zł. Trudno nie zauważyć, że tak samo mamy tu do czynienia z przesunięciem w kierunku coraz wyższych kwot.

Skoro widzimy już obszary ryzyk, nie sposób nie zapytać, gdzie się ono skumuluje. W zróżnicowany sposób w różnych bankach. Jeśli chodzi o hipoteki, prawdopodobnie najbardziej w czterech największych, z których dwa – przypomnijmy – są zależne od Skarbu Państwa. To one sprzedają 73 proc. wszystkich hipotek – wynika z danych BIK. W przypadku kredytów dla firm ryzyko jest znacznie bardziej rozproszone. Udzielają ich zarówno niewielkie banki spółdzielcze, jak i oddziały wielkich instytucji zagranicznych. Trudno o jednoznaczne typowanie.

Ratalne kredyty konsumpcyjne są także silnie skoncentrowane w pięciu największych bankach, ale jest to finansowanie na stosunkowo niewielkie kwoty, średnio nieznacznie przekraczające 4 tys. zł. Natomiast tych pięć banków ma tylko nieco powyżej połowy przeciętnie czterokrotnie wyższych kredytów konsumenckich. Może to oznaczać, że więcej ryzyka jest w instytucjach spoza czołówki, które z reguły kredytują klientów bardziej ryzykownych.

Koszty finansowania

To nie koniec kłopotów, jakie ze wzrostem stóp mogą mieć instytucje kredytowe. Kolejnym będą koszty finansowania. Banki oswoiły się już ze środowiskiem najniższych stóp w historii i potrafiły zwiększyć marżę odsetkową do 2,57 proc. w lipcu z minimum 2,38 proc. w II połowie 2015 roku. Po tym jak banki tracą obecnie „zapad” depozytów, koszty finansowania, przynajmniej w pierwszej fazie cyklu, mogą wyprzedzać margines, o jaki może wzrosnąć cena kredytu.

Najwięksi gracze na rynku nie mają – jak na razie – kłopotów z płynnością. Zapewnia ją im najszerszy dostęp do ROR-ów. Pozostaje jednak pytanie, na jak duży wzrost akcji kredytowej to wystarczy, skoro zapewne pozostanie większa od wzrostu wynagrodzeń.

Równocześnie do walki o depozyty stają niewielkie instytucje, jak Nest Bank czy estoński Inbank. W czasie gdy średnie oprocentowanie depozytów do dwóch lat – według danych NBP na sierpień – wynosiło 1,4 proc., postanowiły one zagrać o wyższe stawki, dając realnie dodatnie oprocentowanie. Co więcej, oprocentowanie to rośnie

Można powiedzieć, że na polskim rynku bankowym byli zawsze tacy, którzy prowadzili wojnę na stawki – zwłaszcza małe instytucje lub banki mające problemy z płynnością. Ale realnie dodatnie oprocentowanie na lokatach wprowadzają już kolejni, np. Santander Consumer i Getin Noble. Możliwa jest sytuacja, że im bardziej realne staną się podwyżki stóp, tym będzie przybywać zmuszonych do udziału w wyścigu. Czy i kiedy dołączą do niego najwięksi? Bardzo wiele zależy od ścieżki oczekiwań inflacyjnych.

Banki stosunkowo szybko odnalazły się w środowisku najniższych i stabilnych stóp procentowych. Marża odsetkowa w sektorze wzrosła z najniższych 2,38 proc. w połowie 2015 roku o niemal 20 pb. Niebawem wskutek szybszego wzrostu oprocentowania depozytów niż kredytów może zacząć się znowu kurczyć.

Tymczasem rynek lokalnych depozytów staje się dla finansowania banków coraz ważniejszy. Nie tylko dlatego, że udział kapitału krajowego w sektorze przekroczył 50 proc. po przejęciu Pekao przez PZU. Także dlatego, że od połowy 2015 roku zagraniczne matki ponownie zaczęły się delewarować i wycofywać środki z polskich spółek. Według danych BFG od początku roku do końca lipca za granicę wróciło 14,5 mld zł. Głównie złożyło się na to wycofanie udzielonych kredytów, przy nieznacznym wzroście otrzymanych przez polskie instytucje depozytów.

Możliwe pogorszenie jakości kredytowej, warunków finansowania, marży odsetkowej – przy stałym wzroście wymogów kapitałowych – to wyzwanie, z którym banki być może będą sobie musiały radzić w horyzoncie dłuższym niż najbliższy rok.

– Apelujemy do banków, żeby brały pod uwagę wzrost stóp procentowych w przyszłości. Może się okazać, że osoby, które wzięły kredyt teraz, wpadną w pułapkę taką jak te, które wzięły kredyt z tanim frankiem – mówiła podczas październikowego Spotkania Liderów Bankowości i Ubezpieczeń w Warszawie Katarzyna Zajdel-Kurowska, członkini zarządu NBP.

Autor: Jacek Ramotowski