Gdy w ostatni wtorek Aung San Suu Kyi – legendarna liderka birmańskiej opozycji, a obecnie premier – weszła do budynku birmańskiego parlamentu, drogę zastąpił jej dziennikarz BBC. – Czy stała się pani apologetką czystek etnicznych? – zapytał. Ta nawet nie odwróciła w jego stronę głowy.

Kilka minut później Aung San Suu Kyi przedstawiła deputowanym – i światu – swoje polityczne credo. – Od dwóch tygodni nie są prowadzone żadne operacje „oczyszczające”. Głęboko współczuję wszystkim, którzy cierpią wskutek konfliktu, państwo chce znaleźć stabilne rozwiązanie dla wszystkich zamieszkujących je wspólnot – dowodziła. Ani słowa o przemocy wobec ludu Rohingya, o jaką świat oskarża birmańską armię. 400-tysięczna rzesza uchodźców, która runęła przez granicę do sąsiedniego Bangladeszu? Przecież większość Rohingya zdecydowała się pozostać w kraju, więc nie jest tak źle. A ci, którzy uciekli, będą mogli wrócić, o ile przejdą procedurę weryfikacyjną. A tak w ogóle, to rząd zapewnia mieszkańcom regionu usługi zdrowotne i edukacyjne oraz infrastrukturę.

„Albo Aung San Suu Kyi jest kompletnie oderwana od realiów, albo z własnej woli przymyka oko na to, co wyprawia armia” – komentował Jonah Fisher, ten sam reporter, który próbował wejść jej w drogę w birmańskim parlamencie we wtorek rano.

Wygląda na to, że czar Aung San Suu Kyi prysł. Co nie znaczy, że należy robić z niej zwolenniczkę czystek etnicznych. Najprawdopodobniej dokonała ona wyboru pomiędzy mniejszym a większym złem – przynajmniej we własnym mniemaniu.

>>> CAŁY TEKST W WEEKENDOWYM WYDANIU "DZIENNIKA GAZETY PRAWNEJ"