Gdy w 2000 r. do władzy w Rosji dochodził Władimir Putin, gospodarzem Białego Domu był Bill Clinton. – Ty masz demokrację w sercu. Nie jestem pewien, czy to samo można powiedzieć o Putinie – powiedział Borysowi Jelcynowi, z którym łączyły go świetne relacje. Cóż za różnica w porównaniu z George’em W. Bushem, który po pierwszym spotkaniu z  Putinem komplementował jego „oczy godne zaufania”. Fakt, że i Putin wówczas jeszcze chciał zbliżenia z Zachodem, czego przykładem było wsparcie USA po 11 września 2001 r. Sielanka szybko się skończyła, bo Kreml uznał przyjęcie państw bałtyckich do NATO i parcie Busha do zaproszenia do akcesji Gruzji i Ukrainy za dowód wrogości.

Barack Obama i jego sekretarz stanu Hillary Clinton stali się autorami najszerzej reklamowanego resetu. Dmitrij Miedwiediew, który został prezydentem niecały rok przed Obamą, obiecywał modernizację Rosji, na co znaczna część Zachodu (w tym Polska) dała się nabrać. Jak się skończyło? Sankcjami za rosyjską agresję na Ukrainę i uczynieniem z Obamy wroga nr 1 kremlowskiej propagandy.

Zasada jest prosta: wyciągniętą dłoń Kreml traktuje jako dowód słabości. A   słabość należy wykorzystać. Długość trwania resetu każdorazowo zależy od poziomu wrażliwości prezydenta USA na próbę oszukania go przez Rosję. Dlatego za prezydentury Trumpa szybko doszło do pierwszego dyplomatycznego starcia z   Rosją – o   Syrię. I   choć Rosjanie opletli Trumpa – cytując klasyka – szarą siecią powiązań (jak dalece był w   to zaangażowany prezydent, pokaże śledztwo), ujawnienie ich sprawiło, że Biały Dom musi mieć się na baczności. Każda próba porozumienia z Rosją będzie rodziła pytania, czy chodzi wyłącznie o politykę.

>>> Czytaj także: Gospodarczy "efekt Trumpa". PKB przekracza 3 proc., bezrobocie najniższe od 17 lat