Jeden z najbardziej uderzających faktów, kiedy patrzę na zmiany w polskiej gospodarce, jest taki, że wzrost produktywności (PKB na pracownika) w ostatnich 10 latach był niemal dokładnie taki sam jak w poprzednich 50 latach – ok. 2,5 proc.

Jest to zaskakujące, że przecież tyle się w ostatnich latach zmieniło. Jesteśmy w Unii Europejskiej, mamy nowoczesną gospodarkę, duże inwestycje zagraniczne, stabilną walutę i inflację, otrzymujemy duże transfery inwestycyjne z UE. A mimo to produktywność, czyli główny wskaźnik rozwojowy, notuje dokładnie taką samą dynamikę jak średnio w latach 1955–2005, które obejmują w większości czarny okres PRL-u.

Tę zbieżność można naturalnie wyjaśnić na wiele sposobów, ale ja nie o teorii ekonomii tu chcę pisać. Chcę postawić tezę, która może wielu osobom wydawać się kontrowersyjna: długookresowe trendy historyczne są bardzo trwałe. Czy to w gospodarce, czy w finansach, czy w polityce. Zatem równie niebezpieczne, a bardziej niedoceniane, jest ryzyko lekceważenia lekcji historii. „This time is different” – ten tytuł bardzo popularnej książki ekonomistów Kennetha Rogoffa i Carmen Reinhart stał się synonimem myślenia oderwanego od kontekstu historycznego. Autorzy pokazali historię kryzysów zadłużeniowych, przekonując, że bardzo często ludzie ulegają iluzji, iż można zadłużyć się bardziej niż kiedyś, ponieważ czasy są inne – bezpieczniejsze, stabilne itd. Charles Kindelberger, historyk gospodarki i badacz m.in. baniek spekulacyjnych, pisał, że nieodłącznym elementem każdej bańki spekulacyjnej jest przekonanie, że czasy współczesne są zupełnie inne niż przeszłe. To często kończy się boleśnie.

Przekonanie, że czasy są inne, może być zawsze złudne. Ten problem pokażę na przykładzie dwóch bardzo ważnych pytań dotyczących przyszłości gospodarki, z którymi zmagają się współcześnie analitycy. Jedno pytanie globalne, drugie – krajowe. Po pierwsze, czy wchodzimy w okres de-globalizacji i narastania barier narodowych? Po drugie, czy Polska ma szansę kontynuować doganianie Zachodu pod względem produktywności?

Żyjemy w najdłuższym od 500 lat okresie bez konfliktów między potęgami politycznymi. Patrząc z punktu widzenia statystyki, wydaje się, że XX wiek, a szczególnie jego druga połowa, przyniósł wyraźną zmianę strukturalną w trendzie dużych konfliktów. Kiedyś było ich więcej, dziś jest mniej. Dlaczego? Jakimś wyjaśnieniem jest na pewno dostępność broni masowego rażenia i zjawisko odstraszania. Ale niemałą rolę odgrywa również wzrost dobrobytu (ludzie zamożniejsi mają więcej do stracenia w konfliktach) oraz globalizacja, czyli intensyfikacja relacji i komunikacji między ludźmi z różnych krajów. Świat stał się globalną wioską. Kultura, media, towary, symbole, rozrywka – przestrzeń wspólna dla całego świata szybko się powiększa.

Ale na tym błogim obrazku pokoju i dobrobytu pojawiły się rysy, które przypominają o sekularnych trendach. Umacnia się nacjonalizm, niechęć do obcych, narasta agresja i konfrontacyjny styl w polityce. Nie jest to szczególnie zaskakujące – był czas otwartości, jest czas zamknięcia. Historia pokazuje, że tożsamość relatywnie małych grup i społeczeństw, jak rodziny, plemiona, a później narody, jest zawsze silniejsza niż jakiekolwiek szersze więzi międzyludzkie. Próba budowy globalnych reguł i instytucji jest zatem zadaniem przypominającym budowę domku z kart. Nie ma wspólnych reguł bez tożsamości, a tej nie ma na poziomie ponadnarodowym.
W tym kontekście powrót nacjonalizmów, partykularyzmów, starć między krajami, wydaje się zjawiskiem zupełnie naturalnym – co oczywiście nie znaczy, że pożądanym. Główny problem polega teraz na tym, by powracająca przeszłość nie uderzyła w nas z mocą bomby atomowej. Ostatecznie trend historyczny zawsze jest jakoś modyfikowany przez warunki współczesności. Mamy chyba wystarczająco dużo powodów, by sądzić, że trumpizm nie przerodzi się w hitleryzm (mimo częstych tego typu porównań w prasie amerykańskiej).

Wróćmy na polskie podwórko. Ekonomista Marcin Piątkowski postawił kilka lat temu głośną tezę, że Polska znajduje się w złotym wieku – rozwijamy się najszybciej w historii, zarówno w ujęciu bezwzględnym, jak i w relacji do Zachodu. Jego zdaniem nasz kraj w relacji do Zachodu jest w najlepszej sytuacji od XVI wieku, kiedy byliśmy potęgą polityczną i przechodziliśmy fazę szybkiego rozwoju cywilizacyjnego. Teza Piątkowskiego dobrze trafiła w ducha czasów, ponieważ marzenie o dogonieniu Zachodu definiuje gospodarcze programy najważniejszych sił politycznych. Plan Odpowiedzialnego Rozwoju autorstwa wicepremiera Mateusza Morawieckiego zakłada, że do 2030 r. dochód na mieszkańca w Polsce będzie taki, jak średnio w całej Unii Europejskiej. Tego typu projekcje opierają się na założeniu, że żyjemy w wyjątkowych czasach – wolny handel, członkostwo w Unii Europejskiej, dobre relacje z sąsiadami, stabilne instytucje demokratyczne, korzystny kontekst międzynarodowy, to wszystko ma zapewnić Polsce awans ekonomiczny i polityczny niewidziany nigdy w historii.

Jednak perspektywa sekularna zmusza do sceptycyzmu w formułowaniu tego typu optymistycznych prognoz. Polska już kilka razy osiągała poziom produktywności (produkcja na mieszkańca) zbliżony do połowy produktywności Niemiec, czyli tak jak dziś – działo się tak m.in. w drugiej połowie XIX wieku. Oczywiście porównania historyczne są bardzo trudne ze względu na niedoskonałość danych, ale pierwotna teza o złotym wieku również trafia na ten problem. Istotne jest to, że od początku ery industrialnej świat podzielił się na liderów rozwoju i kraje będące krok lub kilka kroków w tyle. Ten podział trwa od niemal 150 lat i nie zmienił się znacząco w ostatnich latach, a my jesteśmy niestety w drugiej grupie. Patrząc z perspektywy globalnej, należymy do liderów, ale z perspektywy europejskiej jesteśmy na peryferiach – dużo mniejsza różnica w dochodzie na mieszkańca dzieli nas od Białorusi niż od Niemiec. To prawda, że nasz dochód bardzo powoli równa do poziomów zachodnich, ale równie dobrze może być to jakieś wahnięcie w długookresowym, stabilnym trendzie relacji między Polską a Europą Zachodnią, a nie jakiś nowy, wzrostowy trend.

Podział na centrum i peryferie może mieć trwałe podstawy, wynikające m.in. z siły politycznej, trwałości przewag technologicznych itd.

Prognozowanie to zawsze trudne zadanie. Ale świat jest mniej chaotyczny, niż się wydaje. To, co traktujemy jako epokowe zmiany, to często tylko wahnięcia wokół trendu. Te 2,5 proc. wzrostu produktywności, o których pisałem na początku, trudno będzie trwale pobić.