Mimo konkurencji polskie rolnictwo weszło na rynek kanadyjski m.in. z serami i jabłkami. CETA nie jest nam potrzebna, nie wpłynie na większe otwarcie rynku kanadyjskiego, a może spowodować, że na mocy porozumień Kanady z USA otworzy rynek Unii na produkcję ze Stanów. Porównywanie obecnej sytuacji z wchodzeniem Polski do UE jest bez sensu: Polska miała wtedy niższe ceny na żywność niż Europa z 500 mln mieszkańców, a standardy jakościowe takie same.

Zasadnicza różnica między kanadyjskimi a unijnymi gospodarstwami dotyczy skali. Nasze, w dużej mierze rodzinne, będą konkurować z przedsiębiorstwami, które podchodzą do rolnictwa przemysłowo. Jeśli dodamy do tego znaczące dotacje po stronie kanadyjskiej, a także niższe niż w Europie standardy i normy jakościowe oraz cenę energii, to nie należy oczekiwać, że będzie łatwo wygrać z konkurencją. Kanada ma ogromną nadwyżkę produkcji rolnej, więc oczywiste, że szuka nowych rynków.

Żyjemy w podobnej strefie klimatycznej, więc nasza oferta jest dość podobna do tego, co znajduje się na rynku kanadyjskim. Francja może konkurować winami, my nadal będziemy eksportować sery twarde, może też jabłka, jeśli nie okaże się, że kanadyjskie i chińskie są tańsze. Obaw jest więcej. Obecnie nasza borówka jest jedną z lepszych w Europie. Czy utrzymamy swoją pozycję po otwarciu rynku kanadyjskiego? Trudno powiedzieć. Dopiero w praktyce okaże się, jak będzie wyglądać import drobiu z Kanady. Dopóki konieczne jest przestrzeganie standardów UE, rynek jest bezpieczny, ale jeśli Kanadyjczycy część produkcji dostosują do standardów europejskich, to będzie to zagrożenie dla naszych ferm drobiarskich. ⒸⓅ

>>> Czytaj też: Irlandia chce powalczyć o polski rynek żywności. Ma na to spore szanse