"Wyciśniemy z tej ziemi niewyobrażalne bogactwo"

Po ujęciu Nicolasa Maduro przez amerykańskich komandosów wenezuelska opozycja liczyła, że w kraju nastąpią demokratyczne przemiany, o które od lat zabiegali. Jej liderka, Marina Corina Machado, wyraziła gotowość natychmiastowego przejęcia władzy.

Tymczasem administracja Donalda Trumpa pozwoliła, by władzę w Wenezueli objęła zastępczyni Maduro – wiceprezydent Delcy Rodriguez. Tak więc represyjny reżim utrzymał się przy władzy, opozycjoniści nadal siedzą za kratami lub za granicą.

Amerykański prezydent w ogóle nie ukrywa, że w całej wenezuelskiej operacji przyświecał mu jeden cel – zdobycie kontroli nad najbogatszymi na świecie rezerwami ropy naftowej.

"Robią to, co mówią. I nie kierują się szlachetnymi pobudkami"

Julian Roepcke, dziennikarz „Bilda”, napisał w czwartek na X, że sytuacja w Wenezueli pokazuje, iż Europa powinna wreszcie zacząć brać oświadczenia obecnych władz w Waszyngtonie poważnie – i to nie tylko w odniesieniu do Wenezueli.

"Jeśli przeanalizujemy działania Waszyngtonu, to jedno staje się jasne: USA nie są zainteresowane wolnymi wyborami o niepewnym wyniku w Wenezueli – ponieważ mogłoby to ponownie osłabić ich kontrolę nad surowcami naturalnymi tego kraju. Wielu analityków twierdziło w ostatnich tygodniach, że skutkiem ubocznym amerykańskiej interwencji mogłaby być przynajmniej nadzieja na demokratyczne zmiany i wolne wybory. Uważam jednak, że USA będą aktywnie działać przeciwko temu – a raczej zaakceptują w fotelu prezydenckim tylko osobę, która okaże się wiarygodnym wasalem zarówno przed, jak i po wyborach" – czytamy we wpisie dziennikarza.

I zaznaczył: "Musimy zrozumieć, że administracja Trumpa robi to, co mówi, i nie kieruje się żadnymi szlachetnymi pobudkami. A to nie wróży niczego dobrego – ani Grenlandii, ani innym celom imperialistycznych ambicji Waszyngtonu, które nie mają nic wspólnego z 'Zachodem' rozumianym jako liberalno-demokratyczna wizja ładu światowego".

The Economist: Ostentacyjny cynizm to tarcza Trumpa

Podobne wnioski prezentuje "The Economist" w najnowszym komentarzu zatytułowanym "Radyklana szczerość Donalda Trumpa". Brytyjski tygodnik pisze, że chociaż obecny prezydent USA "nagminnie kłamie", to "fundamentem jego politycznego magnetyzmu była ponura szczerość". Taka jak we wpisie zaraz po ujęciu Maduro. "Wyciśniemy z tej ziemi niewyobrażalne bogactwo" – zadeklarował wprost.

"Rozdźwięk między głoszonymi zasadami a czynami polityka jest najłatwiejszym celem dla krytyków. Tymczasem ostentacyjny cynizm Trumpa służy mu jako tarcza. Niektórzy mogą utyskiwać, że prezydent narusza własne standardy ‘America First’, ale w tej kwestii nie jest on hipokrytą. Dla niego to hasło nie oznacza izolacjonizmu. Jest raczej przyzwoleniem na amerykańskie akty agresji dokonywane w imię czystego interesu własnego" – czytamy w artykule.

Wskazano, że Trump nawet nie udaje, że jego działania w Wenezueli są motywowane chęcią wprowadzenia tam demokracji. Co też nie powinno dziwić, bo wynika wprost ze Strategii Bezpieczeństwa Narodowego opublikowanej w grudniu 2025 r., gdzie, jak zaznaczył "The Economist", "promowanie demokracji czy praw człowieka nie doczekało się nawet wzmianki".

"Ameryka stała się głównym drapieżnikiem"

Brytyjski tygodnik uważa, że w nadchodzących latach wszyscy, łącznie z samymi Amerykanami, zatęsknimy za dawną "hipokryzją" i poszanowaniem zasad w stosunkach międzynarodowych.

"Prawo międzynarodowe rzadko opierało się na przymusie, a częściej na dobrowolnym przestrzeganiu reguł, którym Ameryka, mimo wszystkich swoich wad, przewodziła. Co się stanie, gdy występek nie będzie już czuł potrzeby składania hołdu cnocie? Niepokojąca jest myśl o tym, jak mogą zacząć zachowywać się nie tylko Rosja i Chiny, ale i mniejsze narody, gdy Ameryka otwarcie i szczerze przyjmuje rolę głównego drapieżnika" – czytamy w komentarzu.

Jego autor pisze, że po Wenezueli nie tylko Kolumbia i Kuba, ale także Meksyk i Dania powinny traktować groźby Trumpa poważnie. "Może nie zawsze użyje on siły militarnej, ale wykorzysta każdy inny środek nacisku, jakim dysponuje prezydent USA, nie bacząc na konsekwencje, które wystąpią po zakończeniu jego kadencji" – ostrzega tygodnik.

"The Economist" uważa, że Trump myli się, jeśli wierzy, że ciągła projekcja nagiej siły uczyni Amerykę bogatszą i bezpieczniejszą. Zaznacza, że politycy z USA, którzy doprowadzili do ustanowienia porządku międzynarodowego po II wojnie światowej, nie byli naiwnymi romantykami. "Wyciągali lekcje z koszmarów, które kolejnym pokoleniom Amerykanów i dużej części świata, prawdopodobnie nie przez przypadek, zostały oszczędzone" – zaznaczyli.