Gwałtowny wzrost długu publicznego. Czy polskie finanse są zagrożone? [WYWIAD]

Ten tekst przeczytasz w 7 minut
24 kwietnia 2017, 08:24
Dług sektora instytucji rządowych i samorządowych (w proc. PKB)
Dług sektora instytucji rządowych i samorządowych (w proc. PKB)/Dziennik Gazeta Prawna
- Mamy wiele mechanizmów nadzorujących dług: od regulacji w ustawie o finansach publicznych po limit konstytucyjny - mówi w wywiadzie dla DGP Piotr Nowak, wiceminister finansów.

Dług rośnie, bo mamy deficyt. Szczyt, jeśli chodzi o poziom zadłużenia w relacji do PKB, osiągniemy w 2017 r., potem, według najnowszych prognoz, relacja ta powinna spadać. Podobnie zakładaliśmy w strategii zarządzania długiem. Zbliżone przewidywania ma również Międzynarodowy Fundusz Walutowy w swoim kwietniowym monitorze fiskalnym. Wszystko jest pod kontrolą.

Dług liczony jako procent PKB może rosnąć, gdy deficyt jest niski, albo spadać, gdy jest wysoki. To ujęcie relatywne, zależy nie tylko od nominalnej wielkości potrzeb pożyczkowych państwa w danym roku, ale też od tempa wzrostu gospodarczego. Czynnikiem, który ma wpływ na wielkość długu, jest też kurs złotego. Około jednej trzeciej zadłużenia sektora finansów publicznych na koniec 2016 r. było denominowane w walutach obcych, głównie w euro. Umocnienie walut do złotego o 10 proc. zwiększa nam cały dług o ok. 3 proc. To jest istotny czynnik, który może wpływać na zwiększenie zadłużenia albo odwrotnie – na jego zmniejszenie w przypadku aprecjacji złotego. Ale w dużej mierze to tylko statystyka.

I tu mamy zarówno stabilizującą regułę wydatkową, która ogranicza wzrost wydatków w poszczególnych latach i obejmuje prawie cały sektor finansów publicznych, a dodatkowo działa antycyklicznie, co jest kluczowe, bo – jak uczą doświadczenia ostatnich lat – najważniejsze jest utrzymanie wzrostu gospodarczego. A jeśli chodzi o dług, to mamy wiele mechanizmów zapobiegających jego wymknięciu się spod kontroli – od regulacji w ustawie o finansach publicznych po limit konstytucyjny.

To nie jest takie jednoznaczne. Kurs walutowy może się zmieniać, ale w dłuższym terminie obsługa zagranicznej części zadłużenia jest dla nas tańsza od krajowej. Poza tym Polska rozwija się dużo szybciej od strefy euro i według większości prognoz nadal tak będzie. Dlatego kapitał zagraniczny pewnie będzie do nas napływał ze względu na dobre perspektywy naszej gospodarki i lepszy zwrot z inwestycji. To oznacza, że jest potencjał do umocnienia złotego.

Może zwiększać potrzeby pożyczkowe sektora finansów publicznych w związku z koniecznością współfinansowania projektów unijnych własnymi środkami, ale to nie będzie wielkość, która wydatnie wpłynie na cały dług publiczny. Uwzględniamy to w naszych prognozach.

Stany Zjednoczone stanowią centrum globalnego rynku finansowego. To, co się dzieje z dolarem i stopami procentowymi w USA, wpływa na resztę świata. Jeśli tam stopy procentowe rosną, to kapitał przenosi się do Stanów. Inwestorzy zakładają bowiem, że zysk z inwestycji w amerykańskie obligacje będzie rósł. Przez to dolar się umacnia, co oznacza spadek wartości walut rynków wschodzących. To już widzieliśmy. Podwyżki stóp w USA wynikają z dobrych perspektyw tamtejszej gospodarki, co dodatkowo zwiększa popyt na akcje amerykańskich spółek i ich obligacje. Zwiększają go również oczekiwania na podniesienie wydatków publicznych na inwestycje. Skutek to odpływ kapitału z innych rynków i aktywów. Siłą rzeczy ma to wpływ nie tylko na Polskę, ale inne rynki. Widzieliśmy w ostatnich miesiącach poprzedniego roku duży odpływ amerykańskich inwestorów z naszego rynku obligacji. Jednakże sytuacja zmienia się dynamicznie i od początku tego roku obserwujemy napływ inwestorów zagranicznych na nasz rynek obligacji – w szczególności bardzo wyraźny w marcu i jak dotąd w kwietniu. Oczywiście wzrost stóp procentowych w USA ma bezpośrednie przełożenie na cenę finansowania zadłużenia w dolarach. Po prostu będzie to bardziej kosztowne. Choć od połowy marca obserwujemy raczej spadek rentowności obligacji amerykańskich.

Jeśli chodzi o długoterminowe stopy procentowe, np. przy obligacjach 10-letnich, to niewykluczone, że tak będziemy musieli zrobić. Aczkolwiek na rynku krajowym widzimy spadki rentowności – mniej więcej od końca lutego do dziś o ponad pół punktu procentowego i podobnej skali spadki rentowności naszych obligacji dolarowych od szczytów z grudnia ubiegłego roku. Niemniej jednak to nie my dyktujemy warunki na rynku, my zabiegamy o kapitał, który chcemy pożyczyć. To, co możemy robić, żeby obniżać cenę tego kapitału, to pokazywać mocne fundamenty polskiej gospodarki i stabilne finanse publiczne. I przekonywać, że działania rządu – np. program „Rodzina 500 plus” – mają sens.

Inwestorom zagranicznym pokazujemy, że to długoterminowa inwestycja w kapitał ludzki. Oni to rozumieją i doceniają. Po odpływie pod koniec ubiegłego roku inwestorzy stopniowo zaczęli wracać, praktycznie niwelując już teraz cały zeszłoroczny odpływ.

Rzeczywiście, ok. 61 proc. emisji green bonds przejęli inwestorzy, którzy kupują jedynie taki typ obligacji, i dotąd w ogóle nie byli aktywni na naszym rynku. Podobnie było z panda bonds. Gdybyśmy taką pulę chcieli sprzedać na rynku krajowym, oznaczałoby to zwiększenie podaży obligacji w złotych i w efekcie ryzyko wzrostu ich rentowności, a więc wyższych kosztów obsługi. To dla nas byłoby niekorzystne. Poza tym inwestorzy, którzy dziś kupują zielone obligacje albo papiery denominowane w juanie, nabierają do nas zaufania jako do emitenta i być może w przyszłości zainteresują się innym rodzajem naszych obligacji. Tak było z inwestorami japońskimi. Kilkanaście lat temu Polska po raz pierwszy wyemitowała obligacje w jenach, a dziś Japończycy są w gronie największych zagranicznych inwestorów, którzy kupują obligacje złotowe.

Rozważaliśmy emisje obligacji w australijskim dolarze, ale na razie ich cena nie byłaby dla nas atrakcyjna. Interesujemy się rynkami azjatyckimi. Sytuacja zmienia się bardzo szybko. To, co dziś wydaje się trudne, za jakiś czas może być już w naszym zasięgu. Nie chodzi o to, żeby poszerzać bazę inwestorów za wszelką cenę, to musi nam się opłacać pod względem kosztowym.

Z naszych informacji wynika, że na razie nie ma takiego problemu. Wiele zależy od struktury portfela banków. Zainwestowały w obligacje ponad 255 mld zł, ale w dużej mierze są to krótkoterminowe papiery, które systematycznie wykupujemy. I w bilansie banku robi się miejsce na kolejne zakupy.

Gdy wprowadzano podatek, wszyscy ostrzegali, że pogorszy on wyniki banków. Tymczasem w ubiegłym roku były one bardzo dobre. Ale rzeczywiście, zakładamy, że wzrost zaangażowania krajowych banków w obligacje nie będzie tak dynamicznie rósł, jak w 2016 r. ⒸⓅ

>>> Czytaj także: Oszczędności Polaków rosną szybko. Daleko nam jednak ciągle do Zachodu

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj