Gracze e-sportu są rozpoznawalni w sieci, mają podpisane kontrakty reklamowe z dużymi markami światowymi, firmami telekomunikacyjnymi. W e-sport wchodzą też banki - mówi Viktor Wanli, założyciel i prezes firmy Kinguin.

To terroryści czy antyterroryści?

Raz tak, raz tak.

Reklama

Nie ma specjalizacji?

Nie ma. To gra. Raz się jest bandytą, raz bohaterem. Im to jest obojętne. Zawsze chodzi o to, żeby wygrać. Jak to w sporcie.

To nie sport.

Sport, w zasadzie e-sport.

Siedzenie przy komputerze i klikanie myszką to nie jest sport.

Niech pani zobaczy zdjęcia z katowickiego Spodka. Zawody w „Counter Strike'a” (gracze dzielą się na dwie drużyny – terrorystów oraz antyterrorystów – i ich zadaniem jest pokonanie przeciwnika na danej mapie – red.) oglądało w sumie 160 tys. kibiców.

W sieci?

Nie, w Spodku. Na żywo. Drużyny siedzą przodem do widowni na scenie, w każdej drużynie jest po pięć osób, mają przed sobą monitory i grają. A widzowie oglądają ich zmagania na telebimach i kibicują. To wielkie emocje. Takie same jak w tradycyjnym sporcie.

W znowelizowanej 23 czerwca tego roku ustawie sportowej rozszerzono nieco definicję sportu – ma to być także „współzawodnictwo oparte na aktywności intelektualnej”. Ale nie ma w niej ani ma słowa o grach komputerowych.

Nam na tym specjalnie nie zależy. Nie lobbujemy u polityków, by traktowani nas jak inne dziedziny sportu, nie zakładamy związku sportowego.

Myślałam, że wam chodzi o to, by stać się sportem olimpijskim.

Na razie nie zanosi się, by ludzie z komitetu olimpijskiego zajęli się tą sprawą. E-sport do swojego rozwoju nie potrzebuje sportu tradycyjnego, a on nie jest dla nas zagrożeniem. Jest na odwrót. Tworzymy Eligę, ligę drużyn e-sportowych, która na razie tworzy osiem drużyn. Próbowaliśmy rozmawiać z jednym z najważniejszym klubów piłkarskich w Polsce, by działać pod jego marką. Ale okazało się, że działacze jeszcze nie rozumieją rynku e-sportu.

Był pan w stołecznej Legii?

To bez znaczenia. Teraz wiem, że nie potrzebujemy wsparcia klubów sportowych. Sami tworzymy profesjonalne drużyny.

Za co?

Drużyna jest oddzielnym bytem, w części finansowanym z prowizji ze sprzedaży gier. Ale widać, że pani nie rozumie tego świata. Gracze zawodowi to gwiazdy. Okazało się, że syn właściciela tradycyjnego klubu sportowego, u którego byliśmy, nie zna nazwisk piłkarzy, za to zna pseudonimy graczy w „Counter Strike'a”. Ci gracze są już celebrytami w internecie, a będą jeszcze większymi.

To jest alternatywny świat.

Dla pani, dla mnie trochę też. Ale dla graczy, dla ludzi, którzy tym żyją, pani świat jest alternatywny. Oni są rozpoznawalni w sieci, mają podpisane kontrakty reklamowe z dużymi markami światowymi, firmami telekomunikacyjnymi. W e-sport wchodzą też banki.

Chwilówki też powinny.

Pani żartuje, a ja mówię o poważnych sprawach. Koncerny finansowe pożyczające pieniądze na duży procent też są zainteresowane. Mamy na razie etyczny dylemat, czy wchodzić z nimi we współpracę. W drużynie jest pięciu graczy. Do tego trener, analityk, który rozpracowuje przeciwników przed meczem, przygotowuje raporty pomeczowe. Do tego dochodzi menedżer, dział PR, marketing, mamy też psychologa sportowego.

>>> CAŁY WYWIAD W WEEKENDOWYM WYDANIU DZIENNIKA GAZETY PRAWNEJ