Tymi słowy Laura Kipnis, feministka, pisarka, wykładowczyni Northwestern University, przedstawiała się w 2015 r. czytelnikom swojego obrazoburczego, jak się później okazało, tekstu o znamiennym tytule „Paranoja seksualna uderza w świat akademicki”. Tekst opublikowany w branżowej prasie dotyczył procedur, które uniwersytety wprowadziły w imię walki z molestowaniem seksualnym. Na mocy tychże wszelkie kontakty erotyczne między pracownikami wyższych uczelni a studentami zostały zakazane, dopuszczone jedynie w przypadku doktorantów, a i to pod warunkiem uprzedniego zgłoszenia administracji uczelni. Wszystko tytułem „dysproporcji władzy” oraz „ryzyka wymuszenia”, które miałyby tu zachodzić.
>>> Czytaj też: Lewestam: Przemoc seksualna w zachodnich demokracjach to nie stan wyjątkowy, to kulturowa norma
Kipnis otwarcie wyszydziła i reguły, i przecenianie profesorskiej mocy, podkreślając, że to, co naprawdę stanowi problem, to nie hierarchiczne relacje student – profesor, lecz równe z założenia kontakty międzystudenckie, dalece częściej brutalne i prowadzące do nadużyć. Co się zaś tyczy reguł, to pierwsza z nich, stworzona na potrzeby macierzystej uczelni Kipnis, brzmiała: „Nie składaj niechcianych ofert seksualnych”. „Ale skąd mam wiedzieć, że są niechciane, zanim nie sprawdzę? Czyżby ludzie mieli pożądanie wypisane na czole?” – odpowiadała Kipnis, przytomnie charakteryzując seksualność jako sferę ambiwalencji, pełną niespodzianek, tyleż przyjemnych, co nierzadko odpychających, coś nad czym nigdy żaden racjonalizatorski umysł nie zapanuje, choćby nawet bardzo chciał.
