Radziwiłł zaznaczył, że samo sprowadzenie lekarzy zza wschodniej granicy nie rozwiąże problemów kadrowych w Polsce. "Ale zamierzam zmniejszyć te ograniczenia i utrudnienia, które nie wydają się dziś konieczne. Rozważamy projekt przyznawania lekarzom spoza Unii możliwości podejmowania pracy u jednego pracodawcy, który byłby do pewnego stopnia odpowiedzialny za ich praktykę" - wyjaśnił.

Obecnie prawo do podjęcia pracy w Polsce, z pełnym uznaniem ich kwalifikacji, mają lekarze wykształceni na studiach medycznych w Unii Europejskiej - aby leczyć w Polsce, muszą jedynie zdać egzamin z języka polskiego. Lekarze z dyplomami uczelni spoza UE mają dłuższą ścieżkę otrzymania prawa wykonywania zawodu. W pierwszej kolejności muszą nostryfikować dyplom lekarski, co często wiąże się z koniecznością zaliczenia rozmaitych kursów i szkoleń oraz złożenia egzaminów. Nawet lekarz ze specjalizacją uzyskaną poza UE po nostryfikacji dyplomu kierowany jest potem na roczny staż lekarski.

Radziwiłł potwierdził, że prowadzone są rozmowy z Bankiem Światowym, dotyczące oddłużenia szpitali, powiedział jednak, że nie może obecnie powiedzieć "niczego bardziej szczegółowego" na ich temat.

Reklama

W wywiadzie dla miesięcznika minister zdrowia mówił też, że po studiach miał "nawet dwadzieścia dyżurów w jednym miesiącu". "To było rzeczywiście trudne doświadczenie. Ale i ja, i moi koledzy, w tym czasie nie mieliśmy wątpliwości obecnych lekarzy. Po prostu uznawaliśmy, podobnie jak uznaje to dziś wielu rezydentów na całym świecie, że zawód lekarza wymaga ciężkiej pracy, poświęcenia i że nauka fachu obejmuje również sprawdzenie się w sytuacji pracy pod taką presją, jaką są dyżury i duże zmęczenie" - dodał.

>>> Polecamy: System kształcenia lekarzy jest chory? Jak uczyć lekarza leczyć