Szybkie tempo zmian technologicznych i rosnące nierówności to czynniki, które sprawiają, że wezwania do rewizji całego systemu są coraz głośniejsze. Jeśli rządy mają poradzić sobie z rosnącą presją, będą musiały przemyśleć kluczowe narzędzia polityki, na których opierały się przez ponad sto lat. Zaczynając od podatków.

Margareta Drzeniek-Hanouz, szefowa departamentu Przyszłości Postępu Ekonomicznego na Światowym Forum Ekonomicznym pisze, że śmierć i podatki mogły być jedynymi pewnikami w świecie Benjamina Franklina sprzed dwóch wieków; dziś tylko śmierć pozostaje niezaprzeczalna. Wraz z rozwojem gospodarki cyfrowej coraz więcej wartości ekonomicznych czerpie się z wartości niematerialnych, takich jak dane gromadzone z platform cyfrowych, mediów społecznościowych lub gospodarki dzielenia się. A ponieważ centrala firmy może teraz być łatwo relokowana między krajami, rządom coraz trudniej podnieść podatki. Jednocześnie wydatki publiczne wzrastają, by sprostać wymaganiom ery globalizacji i technologii cyfrowych.

Prawodawcy dążyli głównie do rozwoju innowacji, w nadziei, że nowe gałęzie przemysłu zwiększą produktywność, a w odpowiednim czasie wypełnią rządowe skarbce. Ale dostawcy usług cyfrowych powiększyli się praktycznie pod każdym względem – z wyjątkiem podatków, które płacą.

To może się wkrótce zmienić. Jednym z pomysłów, które obecnie zyskują na atrakcyjności, jest opodatkowanie firm oferujących darmowe usługi cyfrowe w inny sposób: tak, aby ich niematerialna wartość była traktowana tak samo, jak wartość materialna wytwarzana przez producentów i tradycyjnych usługodawców.

Jednak opodatkowanie może znajdować się u progu znacznie szerszej transformacji, nie ograniczonej do gospodarki cyfrowej. Dzisiejsze firmy często mają nadzieję, że przyczynią się również do rozwoju społeczeństwa, a nie tylko do własnego rachunku. To nowy impuls, by oprzeć podatki od przedsiębiorstw częściowo na „śladzie społecznym” firmy. Na przykład rządy mogą dostosowywać stawki podatkowe zgodnie ze stanowiskiem kierownictwa firmy lub wielkością jej siły roboczej.

Reklama

>>> Czytaj też: Szokujące odkrycie szwedzkiego badacza. Roboty wcale nie napędzają gospodarki

Innym pomysłem jest opodatkowanie robotów i powiązanych technologii w celu zrekompensowania zysków ekonomicznych z pracy. Poszerzenie podstawy opodatkowania będzie wymagało nowego podejścia do mierzenia wartości w gospodarce.

Poza debatą na temat opodatkowania dzisiejszych gigantów technologicznych, gospodarki Zachodu stają wobec fundamentalnej kwestii: czy rynki nadal stanowią najbardziej efektywny sposób lokacji zasobów?

Współczesna nauka o danych staje się tak zaawansowana, że algorytmy napędzane przez istniejące dane konsumenckie mogą wkrótce przejąć zadanie polegające na podejmowaniu skutecznych decyzji o zakupie. Pojawi się zatem pytanie, czy rynek lub państwo zaopatrzone w wiedzę algorytmiczną byłoby lepsze w dostarczaniu pewnych towarów i usług.

Big data wpływają również na naszą świadomość ekonomiczną w inny sposób. Konsumenci zaczynają zdawać sobie sprawę, w jakim stopniu usługi cyfrowe korzystają z ich danych osobowych. Dane są również źródłem sztucznej inteligencji, uczenia maszynowego i podobnych technologii, które będą miały coraz większy wpływ ekonomiczny. Dlatego możemy zbliżać się do punktu zwrotnego, kiedy to konsumenci zaczynają żądać zapłaty za swoje dane.

Big data mają wpływ także na większość sektora finansowego. Dzisiejsza branża ubezpieczeniowa opiera się na przykład na asymetrii informacji i uwspólnianiu ryzyka. Narzędzia do dokładnego ustalania cen będą coraz bardziej skuteczne.

Transformacja gospodarcza doprowadziła do dyskusji na temat związku między produkcją gospodarczą a dobrobytem tudzież szczęściem. Oczywiście, sam dobrostan jest trudny do zmierzenia, więc można podejść do problemu w inny sposób: identyfikując czynniki, które czynią nas mniej zadowolonymi. Takie jest założenie rocznego wskaźnika Bloomberg Misery Index, który mierzy inflację i bezrobocie przy założeniu, że oba czynniki generują ekonomiczne koszty społeczeństw.

Podejście Bloomberga stawia kluczowe pytanie o to, jak powinniśmy mierzyć gospodarkę w XXI wieku. W latach 30. ekonomista Simon Kuznets określił produkt narodowy brutto jako wskaźnik produkcji dóbr i usług w danym okresie. Teraz PNB – wraz z produktem krajowym brutto, PKB – jest uważany za faktyczny wskaźnik dobrobytu narodowego na całym świecie.

Wskaźniki te jednak wprowadzają w błąd, ponieważ nie uwzględniają wielu rzeczy ważnych dla społeczeństwa – takich jak równość, mobilność społeczna lub zrównoważony rozwój. Nawet jeśli PKB był dobrym wskaźnikiem sukcesu w tych kategoriach, nadal nie ujmuje wartości niematerialnej tworzonej w gospodarce cyfrowej.

Koniec końców, główne wyzwanie stojące przed rządami jest takie samo jak we wcześniejszych epokach: aby życie stało się lepsze dla obecnych i przyszłych pokoleń. Największą różnicą jest dziś to, że szybkie zmiany technologiczne w połączeniu z pojawiającymi się wyzwaniami środowiskowymi i międzypokoleniowymi bezpośrednio wpływają na zdolność rządów do działania.

Ale rządy nie osiągną swoich celów, używając przestarzałych narzędzi. Prawo podatkowe pisane dla gospodarki analogowej oraz metody statystyczne, które nie uchwycą prawdziwego bogactwa, nie będą działać. Nowe podejście do zapewnienia szczęścia i dobrobytu w nadchodzących dziesięcioleciach jest nieuniknione.

>>> Czytaj też: Wszędzie roboty. Wszędzie ekrany. Czy przyszłość technologii jest zawsze różowa?