Jussif Issa Hassan al-Sabri podkreślił w rozmowie z PAP, że port w al-Hudejdzie ma ogromne znaczenie, a kontrolujący północną część Jemenu Huti wykorzystują go przeciwko ludności Jemenu, legalnemu rządowi tego kraju, a także całemu regionowi, w tym Zjednoczonym Emiratom Arabskim. Ambasador oskarżył Hutich o to, że przejmują kierowaną do tego portu pomoc humanitarną, sprzedają ja na czarnym rynku, a za uzyskane pieniądze kupują broń, w tym pociski rakietowe, które wystrzeliwują w Arabię Saudyjską i Zjednoczone Emiraty Arabskie.

Zdaniem dyplomaty okoliczności te powodują, że siły ZEA i Arabii Saudyjskiej chcą "wyzwolić port i przekazać go legalnemu rządowi". Odnosząc się do stwierdzenia koordynatorki programów humanitarnych ONZ Lise Grande, która zasugerowała, że w wyniku tej operacji militarnej może zginąć nawet 250 tys. osób, przedstawiciel ZEA stwierdził: "toczy się wojna i nie można uniknąć ofiar, ale robimy wszystko by, zminimalizować ich liczbę". Podkreślił jednak, że najważniejsze jest osiągnięcie ostatecznego efektu, który, jak ocenił, "będzie korzystny dla Jemenu i regionu". Ambasador wyjaśnił, że chodzi o odebranie Hutim władzy, którą "ukradli legalnemu rządowi Jemenu".

Reklama

Al-Sabri odniósł się również do ostrzeżenia Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), która podała, że 8,4 mln Jemeńczyków już teraz zagrożonych jest klęską głodu, a ofensywa na port w al-Hudejdzie doprowadzi do znacznego pogorszenia się sytuacji. Dyplomata uznał, że za głód w Jemenie ponoszą odpowiedzialność Huti oraz wspierający ich Iran, gdyż to ich działania jego zdaniem utrudniają niesienie pomocy. Podkreślił, że jego kraj nie szczędzi środków na pomoc humanitarną i to nie tylko w Jemenie, ale i w innych częściach świata, np. w Syrii. Stwierdził jednak, że póki al-Hudejda znajduje się pod kontrolą Hutich, to nie można skutecznie przeciwdziałać jemeńskiej klęsce głodu.

"Gdy wyzwolimy al-Hudejdę, to nie zablokujemy dostaw żywności dla ludności cywilnej na terenach opanowanych przez Hutich, bo nie możemy karać niewinnych ludzi" - podkreślił al-Sabri i dodał, że ZEA nie będą utrudniać organizacjom humanitarnym dostępu do tych terenów.

Ambasador poinformował również o otwarciu korytarzy humanitarnych dla ludności cywilnej, chcącej opuścić atakowane miasto. Nie podał jednak żadnych szczegółów, np. ile takich korytarzy jest i ile osób zdołano dotychczas ewakuować. Komentując dane dotyczące dotychczasowej liczby ofiar wojny w Jemenie, stwierdził, że "lepiej, by ofiar nie było, ale odpowiedzialność za to ponosi Iran oraz Huti". W trakcie trzech lat wojny w wyniku bombardowań zginęło dotychczas ok. 35 tys. cywilów, natomiast ok. 50 tys. dzieci zmarło z głodu.

Al-Sabri nie zgodził się z tezą, że rozpoczęta 13 czerwca ofensywa na al-Hudejdę storpeduje wysiłki specjalnego przedstawiciela ONZ Martina Griffithsa, podejmowane w celu znalezienia politycznego rozwiązania konfliktu. "Griffiths robił, co mógł, ale nie osiągnął sukcesu, bo póki Huti mają wsparcie Iranu, to nie chcą negocjować i zignorowali aż cztery rezolucje Rady Bezpieczeństwa ONZ" - powiedział.

Zdaniem ambasadora ZEA wyparcie Hutich z portu w al-Hudejdzie będzie przełomowym momentem w wojnie w Jemenie. Według niego to pomoc militarna uzyskiwana od Iranu przez ten port powodowała, że wojna trwa już trzy lata, a nie kilka tygodni, jak to zapowiadała koalicja Arabii Saudyjskiej i ZEA, gdy rozpoczynała swoją interwencję w Jemenie w marcu 2015 r. Ponadto przecięcie linii zaopatrzenia militarnego Hutich zmusi ich - w ocenie al-Sabriego - do poważnych negocjacji.

Ambasador ZEA odrzucił możliwość podziału Jemenu na północny i południowy. Podział taki funkcjonował do 1990 r., a w styczniu 2018 r. separatyści jemeńscy opanowali port w Adenie, który wcześniej był stolicą Jemenu Południowego. Al-Sabri zaprzeczył, by ZEA udzielały separatystom wsparcia, i zasugerował, że są oni powiązani z Hutimi. Pytany przez PAP o to, dlaczego ZEA nie zwalczają w Jemenie al-Kaidy, tak jak robią to w przypadku Hutich, odpowiedział, że powodem jest to, że al- Kaida nie kontroluje tak dużego terytorium jak Huti.

Dyplomata ocenił również, że Huti są małą grupką bez społecznego poparcia w Jemenie, a ich siła oparta jest tylko na wsparciu zewnętrznym. Według niego Huti nie będą odgrywać żadnej roli po zakończeniu wojny w Jemenie. Stwierdził też, że stosunki między szyickimi zajdytami a sunnitami w Jemenie zawsze były dobre i po wojnie też takie będą.

Ruch Hutich powstał w 1994 r. i zrzeszał radykalnych przedstawicieli zajdyckiej grupy religijnej, niezadowolonych z rządów prezydenta Alego Abd Allaha Saleha i jego współpracy z Arabią Saudyjską. Po obaleniu Saleha w wyniku wydarzeń tzw. arabskiej wiosny władzę w Jemenie przejął zdominowany przez sunnitów rząd Abd ar-Raba Mansura Al-Hadiego. W styczniu 2015 r. Huti przejęli kontrolę nad stolica Jemenu Saną, zmuszając Hadiego do ucieczki do Arabii Saudyjskiej. Rząd Hadiego urzęduje tam do dziś, a Huti powołali własny rząd, który nie jest uznawany przez żaden kraj, uzyskuje jednak wsparcie ze strony Iranu.

Witold Repetowicz (PAP)