Zazwyczaj staram się nie czytać i nie oglądać niczego o samochodzie, którym jeszcze nie jeździłem. Z prostego względu – nie chcę, żeby zdanie innych miało wpływ na moją ocenę. Choćby podświadomy. Ale w przypadku stingera okazało się to niemożliwe. Gdziekolwiek zajrzałem, tam był on. Wygrywał porównania, zdobywał nagrody, objeżdżał BMW, wyjeżdżał z okładki każdego pisma o samochodach. W pewnym momencie bałem się otwierać lodówkę. Widziałem go nawet w jakimś zagranicznym teledysku na YouTubie, a także jak jeździ nim Steven Tyler z Aerosmith – człowiek, który, gdyby nie śpiewał, to pracowałby w jakimś oceanarium w charakterze glonojada.

Wszystko to wzbudziło we mnie spore podejrzenia. W pewnej chwili zacząłem się nawet zastanawiać, ile pieniędzy zaproponuje mi Kia za zrobienie stingerowi dobrze. Szczególnie że z miasta co jakiś czas dobiegają do mych uszu zazdrosne szepty, że Bąk ma swój cennik. Czuję się zatem zobowiązany go opublikować:

Napisanie dobrze o dobrym aucie – 5000 zł.

Niepisanie o złym – 10 000 zł.

Napisanie dobrze o złym – 20 000 zł.

Napisanie źle o dobrym – 30 000 zł (płaci konkurencja).

Napisanie dobrze o skodzie, fiacie lub citroenie – negocjowane indywidualnie.

Napisanie źle o skodzie, fiacie lub citroenie – za darmo.

Reasumując, oczami wyobraźni wystawiałem już Kii fakturę na 10 lub 20 tys. zł. Bo nie wierzyłem ani trochę w bajki o tym, że zaprojektowała, a następnie samodzielnie zbudowała wóz, który jest w stanie zawrócić komukolwiek w głowie. Bo to trochę tak, jakby w głowie zawróciła mu kalafiorowa. Owszem, samochody produkowane obecnie przez Koreańczyków są bardzo dobre: przestronne, porządnie wykonane, estetyczne, praktyczne, oszczędne, a dodatkowo tańsze od konkurencji. Mają absolutnie wszystko, czego oczekuje 99 proc. kierowców. Brakuje im jednak jednego, czego oczekuje pozostały 1 proc., w tym ja – emocji. I stinger GT podobno to zmienia.

Sześć cylindrów, 3,3 litra pojemności, 370 koni, niecałe 5 sekund do setki i maksymalnie 270 km/h. Do tego dwie pary drzwi, pięć miejsc, spory bagażnik i stylistyka, która nie pozwala pomylić tego wozu z absolutnie niczym innym na drodze. Będzie zasuwał w przeciwną stronę autostradą rozdzieloną pośrodku ekranami, a i tak rzuci się wam w oczy. Do tego naprawdę ciekawie zaprojektowane wnętrze, świetna pozycja za kierownicą, intuicyjna obsługa wszystkiego, bardzo dobre materiały, dużo miejsca, wygodnie, przyjemnie itd. No i ta cena: 250 tys. zł. Prawdziwa okazja, jak na wóz o takich osiągach. Konkurencja… chciałem napisać, że żąda za podobne modele więcej, ale tak naprawdę stinger GT nie ma konkurencji. W segmencie popularnym nikt nie oferuje takiego wozu. A BMW czy Audi… bądźmy poważni. To jakby porównywać choćby najlepszą kieckę z Zary z suknią Versace.

No dobra, ale jak to jeździ? No więc… w najśmielszych snach nie spodziewałem się kii, która przy każdym wciśnięciu gazu będzie powodowała, że kąciki moich ust będą stykały się ze sobą na potylicy. Silnik zaskakująco płynnie rozwija moc – nie ma żadnej turbodziury ani nagłego uderzenia momentu obrotowego. Napęd na cztery koła zapewnia świetną trakcję, a układ kierowniczy jest bezpośredni i kontaktowy, niczym uczestnicy swinger party. Zawieszenie nie jest ani za twarde, ani za miękkie – nazwałbym je sprężystym jak lekkoatletyczny trójskok. Żeby wyprowadzić ten samochód z równowagi na suchej nawierzchni, trzeba naprawdę się napracować.

Owszem, w szybkich zakrętach czuć, że ma lekką nadwagę, ale przecież nie mówimy tu o hothatchu tylko o porządnym, pełnowymiarowym gran tourismo. Bo właśnie tak należy traktować to auto. Nie jest typem sprintera, który na 100 m pokazuje, na co go stać, a następnie przez tydzień leży na stole do masażu, dochodząc do siebie. Stinger GT to długodystansowiec – stworzony do sprawnego i komfortowego przemieszczania się wszędzie tam, gdzie powinniście być już wczoraj, w związku z czym bardzo się wam spieszy. Nie męczy, nie drażni, nie pochłania majątku pod dystrybutorem (przy normalnej jeździe pali 9–10 litrów) i nie ma większych wad. Momentami brakowało mi jedynie większego zbiornika paliwa, ciut bardziej zdecydowanej skrzyni biegów i nieco agresywniejszego brzmienia wydechu. Ale to już naprawdę wszystko.

Przyznaję, że na początku podchodziłem do tego samochodu trochę jak Richard do Julii. Liczyłem na szybki, niezobowiązujący numerek i bezbolesne pożegnanie. Ale z każdym przejechanym kilometrem po prostu się w nim zakochiwałem. W tym, jak jest inny. Koreańczycy udowodnili, że mają więcej odwagi i fantazji niż wszyscy europejscy producenci razem wzięci. Przeprowadzili eksperyment, który groził katastrofą, a zakończył się pięknym, kontrolowanym wybuchem endorfin i adrenaliny. Dlatego nie skasowałem ich nawet na złotówkę. Za to poważanie zacząłem zastanawiać się nad kupnem stingera. Zarobię na niego w przyszłym tygodniu, opisując jeepa compassa. ©℗

>>> Polecamy: Trump twierdzi, że Europejczycy nie kupują pojazdów z USA. Grubo się myli