"Wszystko wskazywało na to, że weekendowe referendum (...) to formalność (...). W sondażach zdecydowana większość Rumunów sprzeciwiała się małżeństwom osób tej samej płci, latem parlament obniżył (frekwencyjny) próg ważności referendów z 50 do 30 procent, a we wrześniu dodatkowo wydłużył plebiscyt do dwóch dni"; jednak mimo to i mimo zakrojonej na szeroką skalę kampanii medialnej oraz apeli rumuńskiej Cerkwi prawosławnej plebiscyt poniósł klęskę - wskazuje we wtorek "Frankfurter Allgemeine Zeitung" .

Zdaniem dziennika wynik referendum, w którym zagłosowało zaledwie 21 proc. uprawnionych, to polityczna porażka dla szefa rządzącej w kraju postkomunistycznej Partii Socjaldemokratycznej (PSD) Liviu Dragnei, który był "główną siłą napędową" referendum. Jak ocenia "FAZ", chodziło mu zapewne o to, by odwrócić uwagę wyborców od własnych problemów z wymiarem sprawiedliwości, a także od podejmowanych przez PSD prób podporządkowania sobie prokuratury i sądów.

Wynik referendum pokazał też, że wpływ Cerkwi prawosławnej na społeczeństwo rumuńskie nie jest tak duży, jak wydawało się zarówno zwolennikom, jak i przeciwnikom tego głosowania - dodaje gazeta. Przypomina, że Cerkiew i PSD "w ostatnich latach zawarły nieformalny sojusz, który wyrażał się m.in. w znaczących państwowych dotacjach przekazywanych na budowę gigantycznej katedry w centrum Bukaresztu".

"FAZ" odnotowuje, że zdaniem obrońców praw człowieka i działaczy organizacji osób homoseksualnych niska frekwencja w referendum to wyraz "tolerancyjnej i (pro)europejskiej" postawy wielu Rumunów, dla których "rodzina jest wprawdzie ważna, ale którzy nie chcieli poddawać się politycznym rozgrywkom i sianiu nienawiści".

"Die Welt" pisze z kolei we wtorek, że referendum mające zakazać małżeństw jednopłciowych "miało być gestem (rządu Rumunii) pod adresem Brukseli", tymczasem Rumuni "nie pozwolili zohydzić sobie Europy".

Wygląda na to - ocenia dziennik - że w obliczu narastających protestów w kraju i za granicą przeciwko krytycznie ocenianej przez UE reformie sądownictwa i jego rządowi Dragnea próbował "z jednej strony pozyskać dla siebie rumuńską Cerkiew, a z drugiej zmobilizować Rumunów przeciwko UE".

"Dlaczego więc (rząd) nie zdecydował się na otwartą konfrontację z Brukselą? Ostatecznie wstrzymał się przecież nawet z oficjalnym poparciem referendum", a nacjonalistyczna partia Rumunia 3.0, głosząca po myśli władzy hasła wystąpienia kraju ze Wspólnoty, nie jest reprezentowana w parlamencie - pisze "Die Welt".

"Prawda jest taka, że w Rumunii nie jest tak łatwo pozyskać sympatię wyborców za pomocą prymitywnych haseł. Badania opinii pokazują, że Rumuni wierzą UE bardziej niż krajowym politykom. (Dla rządu - PAP) lepiej jest więc osłabiać proeuropejskie sympatie w społeczeństwie pośrednio i pozwalać, by krecią robotę wykonywały +niezależne podmioty+, takie jak Cerkiew czy nowe nacjonalistyczne ugrupowanie" - podkreśla. Dziennik dodaje jednak, iż "wygląda na to, że (w Rumunii) ta strategia zawodzi". (PAP)