Atak na amerykański establishment zajmujący się polityką zagraniczną niespodziewanie połączył Donalda Trumpa i coraz większą liczbę intelektualistów z prestiżowych uczelni. Czy jednak ich argumenty są słuszne a polityka Waszyngtonu przez ostatnie 30 lat rzeczywiście była błędna? Opinia Hala Brandsa.

Trudno znaleźć akademików z najbardziej elitarnych uniwersytetów w USA, którzy z entuzjazmem zgadzaliby się z Donaldem Trumpem, będącym być może najmniej intelektualnym prezydentem w amerykańskiej historii. Jeśli jednak jakimś wskaźnikiem mogą być ostatnie książki i artykuły, to okaże się, że prezydent USA oraz profesorowie zjednoczyli się w pogardzie dla amerykańskich elit zajmujących się polityką zagraniczną.

Ten dość egzotyczny sojusz jest możliwy dzięki wspólnemu przekonaniu, że elita osób zajmujących się polityką zagraniczną USA to skorumpowana koteria, która wiedzie kraj od jednej katastrofy do drugiej. Przekonanie to, biorąc pod uwagę antyestablishmentowe nastroje, jest dziś całkiem modne, ale bywa też zwodnicze.

Ataki na establishment zajmujący się polityką zagraniczną USA (chodzi o ponadpartyjną grupę ekspertów, którzy byli członkami amerykańskich rządów oraz think-tanków i NGO’sów) zaczęły się już w czasie kadencji Baracka Obamy. W odpowiedzi na jego politykę na Bliskim Wschodzie, ówczesny zastępca doradcy narodowego ds. bezpieczeństwa Ben Rhodes określił ów establishment jako „plamę”, homogeniczną i niewiele myślącą grupę, która jest zbiorowiskiem konwencjonalnej wiedzy.

Trump również uderzył w takie tony w czasie kampanii wyborczej w 2016 roku. Argumentował wówczas, że kluczowe filary amerykańskiej państwowości i dyplomacji – promocja wolnego handlu, ochrona sojuszników na świecie, propagowanie demokracji i praw człowieka – były naiwne i głupie. Donald Trump, odpowiadając na krytykę, jaka pojawiła się po jego słowach, stwierdził, że to nic innego jak „upadająca elita z Waszyngtonu, która chce utrzymać jeszcze władzę”.

Całkiem niedawno elita związana z amerykańską polityką zagraniczną znalazła się w ogniu krytyki ze strony takich intelektualistów, jak Stephen Walt z Uniwersytetu Harvarda, John Mearsheimer z University of Chicago czy Barry Posen z MIT. Ci oraz inni akademicy uważają, że owszem, w czasie zimnej wojny Ameryka prowadziła efektywną politykę zagraniczną, ale po 1989 roku Waszyngton zwrócił się w kierunku radykalnej doktryny „liberalnej hegemonii” oraz wikłał się w wojny bez końca, które miały zmieniać świat. Podejście takie, jak uważa John Mearsheimer, wiązało się z dużym ryzykiem klęski, czasami wręcz o katastrofalnych wymiarach, co napędzało chaos i antyamerykanizm, a także konflikty na świecie.

To szkodliwe podejście w polityce zagranicznej przetrwało – twierdzą krytycy – ponieważ stare elity nie znoszą sprzeciwu i sieją strach na masową skalę, aby tylko ochronić swoje przywileje i wpływy.

Stare elity osiągają swoje cele, pisze Stephen Walt, poprzez rozdmuchiwanie międzynarodowych zagrożeń, przecenianie korzyści płynących z liberalnej hegemonii oraz ukrywanie prawdziwych kosztów.
Pomimo, że wielu krytyków starych elit związanych z polityką zagraniczną jest bardzo niechętnych wobec Donalda Trumpa, to ich postrzeganie establishmentu jest bardzo podobne do tego, jakie prezentuje prezydent USA, czyli że upadające elity szukają sposobu na zachowanie władzy.

Czy zarzuty wobec establishmentu są celne?

Trzeba pamiętać, że ataki na establishment nie do końca są nietrafne, a era Donalda Trumpa przypomina nam, dlaczego potrzebujemy elit w obszarze polityki zagranicznej.

Po pierwsze argument, jakoby amerykańska polityka zagraniczna dramatycznie się zmieniła od czasu zakończenia zimnej wojny, nie do końca jest prawdziwy. Ameryka zasadniczo kontynuowała wszystkie działania, które prowadziła od lat 40 XX wieku. Miały one na celu stworzenie otwartego, prosperującego i bezpiecznego systemu międzynarodowego. Elementem tej polityki były: promocja wolnego handlu i globalizacji; kotwiczenie i rozszerzanie sojuszy, które miały zapewniać stabilność w kluczowych obszarach; utrzymywanie prymatu wojskowego; konfrontowanie się z agresorami zagrażającymi światu opartemu o dominację USA. I rzeczywiście, USA stały się bardziej asertywne w promowaniu praw człowieka i demokracji po 1989 roku, zaś w warunkach braku tradycyjnych zagrożeń geopolitycznych bardziej energicznie mierzyły się z takimi problemami, jak proliferacja broni atomowej czy terroryzm. Wciąż jednak fundamentalne podstawy amerykańskiej polityki zagranicznej pozostały takie same.

I jeśli dziś Barry Posen uważa, że taka polityka była „kosztowna i kontrproduktywna”, to w rzeczywistości w świecie po zakończeniu zimnej wojny była jednak całkiem efektywna. Bardzo łatwo jest wypunktować porażki i klęski: drogie wojny w Iraku i w Afganistanie, brak równowagi na Bliskim Wschodzie i wiele innych. Problemy te jednak nie są gorsze niż jakiekolwiek inne, których Ameryka doświadczyła w czasie innych 30-leci swojej historii.

Weźmy za przykład okres pomiędzy 1945 a 1975 rokiem. Czas ten jest często określany jako złoty wiek amerykańskiej dyplomacji, ale nawet wówczas można wskazać na szereg niepowodzeń: utratę Chin, krwawy pat w Korei, eskalacja wojny w Wietnamie i wiele innych, przy których niepowodzenia z okresu po 1989 roku nieco bledną.

Ponieważ krytycy starych elit skupiają się tylko na porażkach, nie dostrzegają pewnych całkiem znaczących osiągnięć w zachowaniu i pogłębianiu porządku międzynarodowego, powstałego po zakończeniu II wojny światowej.

Wcale nie było pewne, że liczba demokracji na świecie wzrośnie z 76 w roku 1990 do 120 na początku XXI wieku. Wcale nie było oczywiste, że kraje-agresorzy, takie jak Niemcy czy Japonia, będą pokojowo koegzystowały ze swoimi sąsiadami. Nie było też pewne, że całe regiony będą się rozwijać w pokoju - Wschodnia Azja i Europa – szczególnie w kontekście wcześniejszej niestabilności. Tak samo nie było wcale pewne, że agresja Saddama Husseina na Kuwejt w 1990 roku zostanie odwrócona, albo że czystki etniczne na Bałkanach zakończą się. We wszystkich tych przypadkach stała obecność USA, której broniła tak znienawidzona dziś stara elita, okazała się kluczowa dla takiego rozwoju wydarzeń.

Jeśli ktoś rozumie, że polityka zagraniczna to obszar, w którym popełnianie błędów jest nieuniknione, a sukcesy mierzy się tym, że udało się zapobiec negatywnym scenariuszom, to amerykańska dyplomacja wcale nie wypada tak źle.

Pod tym względem stare elity zasługują na duże uznanie, ponieważ to one odgrywały główną rolę w polityce zagranicznej USA w czasie ostatnich dekad. Fakt, że eksperci po obu stronach politycznego sporu zasadniczo podzielali przekonanie o potrzebie głębokiego zaangażowania się USA w sprawy świata, było źródłem wielkiej siły amerykańskiej dyplomacji.

Dzięki temu można było zachować strategiczną ciągłość, która chroniła amerykańską politykę przed radykalnymi zwrotami, opierającymi się o wynik wyborów.

Co więcej, sprawiało to, że Waszyngton dysponował długą ławką ludzi znających się na sprawach globalnych i rozumiejących, jak działa amerykańska administracja. Ta zaś jest kluczowa, biorąc pod uwagę stopień, w jakim amerykański system polityczny – w przeciwieństwie do innych systemów parlamentarnych – opiera się na ludziach, którzy nie są klasycznymi urzędnikami.

Właśnie z tych powodów większość zagranicznych obserwatorów nie postrzega starych elit jako skazy na amerykańskiej polityce. Wręcz przeciwnie – uosabiają oni doświadczenie i wiedzę, których inne kraje mogą tylko pozazdrościć.

W rzeczywistości era Donalda Trumpa zrobiła więcej dla obrony klasycznego establishmentu niż wszyscy obrońcy wcześniej. Świat oraz USA mogą bowiem dziś obserwować, co się dzieje, gdy Waszyngton w istotny sposób łamie swoje własne tradycje, gdy wycofuje się z roli globalnego lidera, gdy wypisuje się z porozumień multilateralnych, gdy prezydent USA ufa bardziej dyktatorom niż liderom państw demokratycznych i gry wreszcie doprowadza do alienacji swoich długotrwałych sojuszników.

Era Trumpa to także świetne studium przypadku, co się dzieje w sytuacji, gdy kompetencje i szacunek dla procesu są coraz mniej ważne, a prowadzona polityka jest efektem impulsów niekonsekwentnego i solipsystycznego prezydenta, począwszy do Zatoki Perskiej, a skończywszy na negocjacja nuklearnych z Koreą Północną. Zniszczenia i szkody mogłyby być znacznie większe, gdyby nie stary establishment, który próbuje zachować krytyczne racje i powstrzymać chęć prezydenta Trumpa do zrobienia jeszcze większych szkód.

Polityka zagraniczna, która opiera się na wpływie starego establishmentu, zawsze będzie obarczona ryzykiem błędów. Ale ostatnie dwa lata prezydentury Donalda Trumpa przypominają nam, że polityka zagraniczna opierająca się na wykluczeniu establishmentu, może być znacznie gorsza.

>>> Czytaj też: Dlaczego Chiny stały się nagle wrogiem numer jeden dla USA?