Niedawno amerykańska agencja NASA wystrzeliła satelitę ICEsat 2, który ma monitorować zmiany pokryw lodu na powierzchni ziemi. Urządzenie jest w stanie odnotować nawet pokrywy lodu o grubości pół centymetra. Satelita umożliwi nam obserwację wpływu człowieka na środowisko planety. A przy okazji uwidoczni też inny globalny problem, który staje się coraz bardziej palący - pisze Mark Buchanan.

Amerykańskie siły powietrzne, a ściślej dowództwo strategiczne, już dziś aktywnie śledzi ponad 20 tys. satelitów, części rakiet i odłamków powstałych po kolizjach, których rozmiar jest większy piłka bejsbolowa i które krążą po ziemskiej orbicie. Obiekty te stanowią coraz większe zagrożenie dla wszystkich satelitów, od których zależą m.in. systemy lokalizacyjne, telekomunikacyjne, Internet czy systemy obserwacji pogody.

Ponad 50 lat temu, gdy ludzkość umieszczała pierwsze satelity na orbicie ziemi, planeta wydawała się wielka, a obiekty bardzo małe. Dziś, gdy co roku wynosi się ok. 500 nowych satelitów, wpływ ludzi nie jest już tak mały jak w przeszłości.

Reklama

Zatłoczona przestrzeń to kolejny przejaw tego, że weszliśmy w epokę geologiczną - antropocen. Termin ten odnosi się do sytuacji, w której wszystko na ziemi, łącznie z klimatem oraz przestrzenią okołoziemską, jest w głęboki sposób związane z działalnością człowieka.

Naukowcy z NASA obawiali się zatłoczenia przestrzeni okołoziemskiej już na początku lat 70. XX wieku. Wówczas liczba satelitów na orbicie osiągała 4000. We wpływowej w tamtym okresie publikacji badacze zajmujący się przestrzenią kosmiczną – Donald Kessler i Burton Cour-Palais dokonali szacunku, że wraz ze wzrostem liczby tego typu obiektów, ryzyko potencjalnych kolizji stanie się realne na początku XXI wieku. Badacze bardzo się nie pomylili. W 2009 roku amerykański komercyjny satelita wszedł w kolizję z nieaktywnym rosyjskim satelitą komunikacyjnym przy prędkości 26 tys. mil na godzinę, tworząc dwie chmury szczątków. Odłamki te szybko rozproszyły się na wysokości od 400 do 1000 mil nad ziemią na tzw. niskiej orbicie okołoziemskiej.

Co jeszcze ważniejsze, Kessler i Cour-Palais zwrócili też uwagę na inne poważne ryzyko. Otóż jeśli liczba różnych obiektów poruszających się po niskiej orbicie okołoziemskiej stanie się zbyt duża, to znacząco wzrośnie ryzyko kolizji odłamków z innymi obiektami. Przy pewnym poziomie odłamków i obiektów tworzy się reakcja łańcuchowa, która sprawia, że ta część orbity staje się bezużyteczna.

Badaczka przestrzeni kosmicznej – Carolin Frueh z Purdue University – powiedziała mi, że co prawda niektóre założenia tamtych wyliczeń mogą być wątpliwe, ale poza wszelką wątpliwością pozostaje to, że efekt ten, przy dużym zanieczyszczeniu przestrzeni kosmicznej, na pewno wystąpi.

Badacze dziś uważają, że zbliżamy się do tego krytycznego momentu i że potrzebujemy wyczyścić przestrzeń. Pojawiło się wiele pomysłów, jak to zrobić. Ich autorami są badacze określający się mianem „kosmicznych ekologów”. Jakiś czas temu jeden z satelitów wystrzelonych w czerwcu na orbitę zaczął testować technikę rozwijania specjalnej sieci, w którą udałoby się złapać odłamki. Pozyskane w ten sposób obiekty miałyby zostać skierowane ku ziemskiej atmosferze, aby tam mogły spłonąć. Rozwiązanie to mogłoby się sprawdzić w przypadku większych obiektów, które można pochwycić przy pomocy sieci. Jeśli chodzi o mniejsze obiekty, te miałyby zostać skierowane ku atmosferze przy pomocy subtelnego oddziaływania słońca i księżyca.

Biorąc pod uwagę stawkę oraz ludzką pomysłowość, istnieją całkiem duże szanse, że uda się uniknąć katastrofy, którą badacze przestrzeni kosmicznej nazywają syndromem Kesslera. Ale jest już pewne, że weszliśmy w nową erę zarządzania – tym razem przestrzenią okołoziemską.

Przestrzeń ta, która jeszcze kilka dekad temu wydawała się tak szeroka i niezmierzona, dziś stała się przedmiotem ciągłej obserwacji i zarządzania, abyśmy mogli z niej w ogóle skorzystać. Potrzeba lepszego zarządzania przestrzenią stanie się jeszcze większa, jak pokroju Boeinga, OneWeb Satellites czy SpaceX w ciągu najbliższej dekady wyniosą na orbitę tysiące nowych satelitów.

Co prawda pojęcie antropocenu jest kontrowersyjne, po części dlatego, że nie wiadomo, kiedy ta epoka się zaczęła i jak się odzwierciedli w historii ziemi. Ale nie ma żadnych wątpliwości, że weszliśmy w zupełnie nową, odrębną fazę, gdzie ludzkość zmieniła ponad 50 proc. powierzchni planety, generując geofizyczne przepływy azotu i fosforu na skalę większą niż zachodzi to w naturalnych procesach oraz rozrzucając tony plastikowych śmieci w prawie każdym zakątku oceanu.

Dodajmy do tego kolejną przestrzeń – okołoziemską – która już dziś znajduje się pod ciągłą kontrolą człowieka.

>>> Czytaj też: Zaskakujące odkrycie: Farmy wiatrowe powodują ocieplanie się atmosfery