Bez względu na to, czy wynegocjowana przez premier Theresę May umowa z UE przejdzie głosowanie w parlamencie, okres ostatnich dwóch lat pokazał, że wielką strategię globalną oraz opartą na niej politykę międzynarodową Londynu czekają przełomowe zmiany - pisze Hal Brands.

Od czasu II wojny światowej, pomimo zmniejszającej się potęgi, Wielka Brytania miała większą wagę w stosunkach międzynarodowych niż mogłoby to wynikać z jej realnej pozycji w świecie. Było to możliwe dzięki wypracowaniu specjalnych relacji (choć zupełnie różnych od siebie) zarówno z USA, jak i Europą. Dziś obie te relacje ulegają załamaniu, a wraz z tym załamaniu ulega także szczególna pozycja Wielkiej Brytanii, którą kraj ten przez dekady po upadku imperium utrzymywał.

W stosunkach międzynarodowych siła relatywna państwa jest ważniejsza niż siła bezwzględna. Odpowiedź na pytanie, czy 100 czołgów to dużo czy mało, całkowicie zależy od odpowiedzi na pytanie, czy wróg danego państwa posiada tych czołgów 10 czy 1000. W kategoriach relatywnych siła wojskowa i gospodarcza Wielkiej Brytanii zmniejszała się od czasów II wojny światowej, a nawet jeszcze wcześniej. Kraj władający kiedyś imperium, nad którym nigdy nie zachodziło słońce, doświadczał zmniejszania swojej potęgi i wpływów wraz ze zmniejszaniem się swoich możliwości w ujęciu relatywnym. Ale nawet pomimo stopniowego wychodzenia z pozycji imperialnej i porzucania obowiązków globalnych, Wielka Brytania próbowała pozostawać głównym graczem poprzez utrzymywanie specjalnych więzi z Ameryką i Europą kontynentalną.

Specjalne stosunki z USA wiązały się z tym, że Londyn zbliżał się do Waszyngtonu tak blisko, jak to możliwe, czasem nawet za cenę pozbawienia się pewnej części suwerenności i niezależności, ale mógł dzięki temu sojuszowi wywierać wpływ na całym świecie. Rzecz jasna w stosunkach anglo-amerykańskich nie brakowało napięć, począwszy od kryzysu sueskiego w 1956 roku, po ponowne zjednoczenie Niemiec po upadku żelaznej kurtyny. Niemniej brytyjscy premierzy pozycjonowali swój kraj jako najbardziej wiarygodnego i najważniejszego sojusznika wojskowego i przyjaciela w ramach NATO. Jako kraj, który jest gotowy pójść za USA nawet w ogień w czasie niepopularnych konfliktów, jak choćby ten w Iraku. Takie podejście Wielkiej Brytanii nie tylko zapewniało jej wsparcie w okresach konfliktów, jak w czasie wojny o Falklandy, ale umożliwiało Londynowi osiągnięcie ponadwymiarowej pozycji geopolitycznej i wpływu na zachowanie USA.

Z kolej specjalne stosunki Brytyjczyków z Europą miały nieco inny charakter. Relacja ta była szczególna, ponieważ Wielka Brytania była w Europie (jako członek Wspólnot Europejskich, a później Unii Europejskiej), ale zachowała większy stopień niezależności niż inne państwa członkowskie UE. Przejawiało się to m.in. w możliwości zachowania funta, bez konieczności przyjmowania euro. Co więcej, członkostwo Wielkiej Brytanii w UE pozwalało jej wspierać te polityki europejskie, które były w jej interesie, takie jak: silny sojusz transatlantycki, architektura bezpieczeństwa oparta o NATO, a nie UE, czy relatywnie liberalne polityki gospodarcze.

Specjalne stosunki z USA i Europą wzajemnie się wzmacniały i dawały Wielkiej Brytanii istotne lewary. Z jednej strony Londyn poprzez możliwość wpływania na europejski proces decyzyjny był bardziej wartościowym sojusznikiem USA, szczególnie w sprawach istotnych z punktu widzenia amerykańskich interesów. Z drugiej strony bliskie relacje z Waszyngtonem sprawiały, że pozycja Wielkiej Brytanii w Europie rosła, gdyż Brytyjczycy mogli wpływać na Amerykanów skuteczniej niż jakikolwiek inny europejski naród. Wielka Brytania prawdopodobnie dysponowała największym wpływem w czasie kadencji gabinetu Tony’ego Blaira, gdy obie relacje – z USA i z UE – miały się dobrze.

Dziś obie relacje znajdują się w poważnym kryzysie. Stosunki z Europą ulegną pogorszeniu na życzenie Brytyjczyków. Jeśli umowa wynegocjowana przez Theresę May wejdzie w życie, pozycja Wielkiej Brytanii w Europie będzie wyjątkowa, ale w perwersyjny sposób. Otóż Zjednoczone Królestwo będzie przedmiotem oddziaływania zasad UE przynajmniej w okresie przejściowym, ale jednocześnie Londyn nie będzie miał żadnego wpływu na proces decyzyjny w UE.

Dramat wokół Brexitu przesłonił też pogorszenie się relacji Wielkiej Brytanii z USA. Wynika to częściowo z winy Brytyjczyków. Brytyjska siła wojskowa i wola, aby ją wykorzystać, od zawsze stanowiły kluczowe elementy specjalnej relacji z Waszyngtonem. Jednak w wyniku działania różnych czynników, mianowicie kryzysu finansowego z 2008 roku oraz przedłużającego się niedoinwestowania – dziś siła wojskowa Londynu jest jedynie cieniem tej siły z przeszłości.

Marynarka wojenna, która kiedyś kontrolowała światowe oceany, dziś ma problem, aby patrolować wody wokół Wysp Brytyjskich. Brytyjska armia stała się tak mała, że mogłaby mieć problemy przy okazji próby rozmieszczenia więcej niż pojedynczej brygady wojska. Co więcej, nie tylko możliwości, ale i same chęci są mniejsze niż kiedyś. W 2013 roku Izba Gmin odrzuciła działania wojskowe przeciw reżimowi Baszara al-Assada w Syrii.

Inne aspekty specjalnych relacji Londynu i Waszyngtonu wciąż pozostają ważne, jak choćby partnerstwo wywiadowcze. Mimo tego amerykańcy politycy większego partnera jeśli chodzi o misje przeciw ISIS i innym grupom terrorystycznym mogą widzieć raczej we Francji niż w Wielkiej Brytanii. Jeśli brytyjska gospodarka zmniejszy się na skutek Brexitu, dodatkową konsekwencją będą ciecia w budżecie wojskowym, a to jeszcze bardziej osłabi wojskową wiarygodność Londynu.

Szczególne stosunki Brytyjczyków z Amerykanami osłabiają się także w wyniku działań Donalda Trumpa. Obserwatorzy z Wysp niekiedy narzekali na Baracka Obamę, że jego administracja wykazywała niewystarczające zainteresowanie swoim najbliższym sojusznikiem. Dziś ci sami obserwatorzy mogą wprost pomarzyć o powrocie Obamy do Białego Domu.

W czasie pierwszych miesięcy prezydentury Donalda Trumpa, Theresa May zrobiła bardzo dużo, aby dosłownie stać ramię w ramię z Donaldem Trumpem w czasie jej wizyty w Białym Domu. Brytyjska premier bowiem zdawała sobie sprawę, że pobrexitowa Wielka Brytania potrzebuje tak bliskiej relacji z USA, jak to tylko możliwe. Jednak zgodnie ze swoim transakcyjną i drapieżną naturą, Trump wykorzystał w pełni brytyjski chaos dla swoich korzyści.

Jego administracja jasno stwierdziła, że jakakolwiek umowa o wolnym handlu będzie kosztowała bardzo dużo. W szczególności Biały Dom zażądał od Wielkiej Brytanii kontrowersyjnych ustępstw, takich jak usunięcie ograniczeń jeśli chodzi o dostęp do przetargów w ramach brytyjskiej służby zdrowia czy przyjęcie amerykańskich regulacji, które zmieszałyby Londynowi pole manewru i uniemożliwiały wypracowanie osobnej umowy o wolnym handlu z UE. Donald Trump pokazał też, że ma szczególny talent jeśli chodzi o kopanie Theresy May, szczególni wtedy, gdy jej pozycja jest słaba. Przejawiało się to m.in. w krytykowaniu jej rządu w obliczu ataków terrorystycznych w Londynie, wspieranie jej politycznych przeciwników takich jak Boris Johnson czy twierdzenie, że wynegocjowana przez nią umowa ws. Brexitu nie jest dobra. Jeśli zwolennicy Brexitu myśleli, że pożegnanie z UE wzmocni relacje transatlantyckie, to Trump zrobił wszystko aby ich przekonać, że była to iluzja.

Dziś zatem doświadczamy czegoś, co jest znacznie większe niż sam Brexit czy turbulencje w relacjach Londynu z Waszyngtonem pod rządami twardego prezydenta. To załamanie wielkiej strategii budowania globalnych wpływów ponad swój realny wymiar, z której Londyn korzystał od kilku pokoleń. Biorąc pod uwagę rolę, którą Wielka Brytania przez wiele lat odgrywała, czyli wspieranie stabilnego i otwartego porządku międzynarodowego, to bardzo smutny obrót spraw – nie tylko dla Wielkiej Brytanii, ale dla całego świata.

>>> Czytaj też: Wielka Brytania tylko dla bogatych. Polityka migracyjna będzie faworyzować pracowników o wysokich pensjach