Beata Zalewska mieszka z trójką synów w Hamburgu, gdzie pracuje w domu starców. Polka od 4 lat stara się o powrót czwartego, najmłodszego syna Alana, nad którym pieczę przejął Jugendamt. W rozmowie z DGP wraca do wieczoru, w którym Jugendamt został zawiadomiony przez sąsiadkę. Zalewska miała rzekomo nadużywać alkoholu. Urzędnicy w eskorcie policji przeszukali mieszkanie i postanowili zabrać jej niespełna rocznego syna. Argumentowali decyzję jej problemami z alkoholem oraz chorobą psychiczną. Zalewska nie zgadza się z zarzutami. Pyta, w jaki sposób można stwierdzić takie rzeczy podczas jednej wizyty. Uważa, że jej rodzina została skrzywdzona przez Jugendamt. 17 stycznia br. po raz kolejny uda się na rozprawę do sądu, aby domagać się powrotu syna do domu.

– Pomyłki pracowników Jugendamtów nie są rzadkością – uważa Stefan Nowak, który pracuje jako adwokat w Berlinie. Do jego kancelarii trafiają rodzice, którzy chcą odzyskać dzieci odebrane przez urząd. – Jego pracownicy czują się przepracowani i czasem reagują zbyt szybko – twierdzi. Z opublikowanego w maju 2018 r. raportu Uniwersytetu w Koblencji wynika, że ponad 550 urzędów cierpi na niedobór kadry. Z powodu zbyt wielu obowiązków mają za mało czasu na prewencję, dłuższe wizyty w domach rodzin i wywiad środowiskowy.

Odebranie dzieci przez niemiecki urząd szokuje Polaków. U nas nie ma podobnej organizacji, a o odebraniu dziecka z rodziny decyduje sąd. Urzędnik ośrodka pomocy społecznej może zabrać dziecko tylko w razie bezpośredniego zagrożenia życia lub zdrowia. W Niemczech jest inaczej. Jugendamt ma prawo bez decyzji sądu przejąć pieczę nad dzieckiem, jeśli stwierdzi narażenie jego dobra. Pod tym pojęciem kryje się wiele sytuacji: zaniedbanie, przemoc fizyczna i psychiczna, wykorzystywanie seksualne. – Czasem wystarczy, że sąsiad oczerni rodziców, że piją i biją potomstwo. To już jest powód, żeby zareagować, a niekiedy żeby zabrać małoletnich. W niektórych przypadkach impulsem jest nieporządek w domu – tłumaczy Stefan Nowak.

Umieszczenie dziecka w pieczy zastępczej jest – przynajmniej w założeniach – ostatecznym narzędziem Jugendamtów. Jeśli zauważone zostają zaniedbania, które nie domagają się pilnej interwencji, rodzina powinna zostać wzięta pod obserwację. Urzędnicy powinni zaoferować pomoc w postaci wsparcia finansowego, doradztwa czy terapii.

Mimo błędów, zdaniem Stefana Nowaka, urzędy nie dyskryminują Polaków. – Decyzje nie zależą od narodowości, oni reagują obiektywnie. Na podstawie tych samych zasad odbierane są dzieci niemieckim rodzicom – uważa adwokat. Stefan Nowak specjalizuje się w prawie rodzinnym. Pomaga osobom wielu narodowości. – W polskich domach problemem jest alkohol. Kłótnie, przemoc, wódka i narkotyki tworzą mieszaninę, która staje się zarodkiem decyzji o odebraniu potomstwa – mówi Nowak. – Jednak większość naszych rodaków nie ma w ogóle problemów z urzędnikami – dodaje.

W 2017 r. Jugendamty objęły pieczą zastępczą ponad 61 tys. dzieci i młodzieży. Niemal 38 tys. pochodzi z rodzin, gdzie przynajmniej jedno z rodziców nie ma niemieckiego obywatelstwa. Urzędy nie podają informacji na temat narodowości. Polaków i osób z polskimi korzeniami jest w Niemczech ponad 2 mln. Stanowią drugą największą grupę narodowościową po Turkach. Rodziny mieszane stanowią w statystykach przedmiot ponad połowy interwencji, gdyż zalicza się do nich także opiekę nad niepełnoletnimi uchodźcami, którzy do Niemiec przybyli bez rodziców. Dwie trzecie wszystkich interwencji w 2017 r. dotyczyły młodzieży w wieku 14–18 lat.

Wielu małoletnich trafia po krótkim czasie z powrotem do biologicznych rodziców. – Większość takich spraw kończy się szczęśliwie po paru tygodniach – twierdzi Nowak. W jego ocenie tylko 20–25 proc. incydentów prowadzi do długotrwałego odebrania dziecka. – Powrót do domu to normalność. Każdy rodzic po odebraniu dziecka może żądać decyzji sądowej – przekonuje adwokat.

W polskim rządzie problemami polskich obywateli z Jugendamtami zajmuje się wiceminister sprawiedliwości Michał Wójcik. – Około 100 spraw rocznie trafia do ministerstwa – cytował dziennik „Die Welt” wypowiedź polskiego wiceministra. Wójcik już na antenie TVP Info precyzował, że do resortu trafiają tylko najtrudniejsze sprawy, bo część jest wcześniej opracowywanych przez służby dyplomatyczne na terenie Niemiec.

O pomocy otrzymanej od polskich urzędników mówi w rozmowie z DGP Beata Zalewska. Jak twierdzi, konsulat w Hamburgu zareagował na jej prośby dopiero za trzecim razem. Jednak wsparcie, które obecnie otrzymuje, określa mianem „serdecznej pomocy”. Placówka pomogła matce m.in. w prowadzeniu korespondencji z Jugendamtem. Również na rozprawie w przyszłym tygodniu matce będzie towarzyszył przedstawiciel konsulatu. Polka ma nadzieję, że tym razem odzyska 4-letniego Alana, którego obecnie widuje tylko dwa razy w miesiącu.

Reputacji Jugendamtów, którym doczepia się metkę urzędów „germanizujących” dzieci, może pomóc program szukania polsko -języcznych rodzin zastępczych, który w połowie 2018 r. ruszył na terenie Nadrenii Północnej-Westfalii. To nie tylko najbardziej zaludniony kraj związkowy w Niemczech, ale także największe skupisko Polonii. Szacuje się, że na terenie landu nawet 600 tys. mieszkańców ma polskie korzenie.

– Generalnie w Niemczech jest za mało rodzin zastępczych – mówi Thorsten Klute, landowy pełnomocnik ds. Polonii. Polskojęzyczne rodziny zastępcze umożliwiłyby dziecku rozwój w otoczeniu języka i kultury jego biologicznego rodzica. Umieszczenie w takiej rodzinie ułatwiłoby z pewnością dziecku odbudowę więzów po powrocie do biologicznych rodziców. O taką inicjatywę wice minister Wójcik prosił niemieckich partnerów podczas spotkania na temat ochrony polskich dzieci, które w marcu ubiegłego roku odbyło się w Berlinie.

Klute informuje, że program dopiero ruszył. – W grudniu zorganizowaliśmy pierwsze spotkanie informacyjne. W 2019 r. w celu poszukiwania takich rodzin planujemy organizować lokalne wydarzenia we współpracy z instytucjami polonijnymi – mówi. Działają również polskie placówki dyplomatyczne. Akcja informacyjna „I ty możesz stworzyć dom. Zostań polskojęzyczną rodziną zastępczą w Niemczech” ruszyła pod koniec 2017 r.

>>> Czytaj też: Katastrofalne dane z Niemiec. Co oznaczają dla Polski?