Owszem, przypomniała o dwuznaczności uwłaszczenia się tego środowiska na gruntach w Warszawie, ale o tym „Gazeta Wyborcza” przypominała nieraz. Owszem, mamy nagle wizerunek polityka bezwzględnie obracającego milionami, ale z portretem Kaczyńskiego, niezguły bez konta, zerwano już wcześniej. Owszem, nie chce zapłacić Austriakowi bez faktury, ale nie musi to być grzechem, a z prawnego punktu widzenia jest cnotą.

Trafiamy na ślad grzechów systemowych. Najpoważniejszym jest dyspozycyjność prezesa Pekao SA Michała Krupińskiego, gotowego obsłużyć kredytem swego politycznego mocodawcę. Niestety jednak – przyzwyczailiśmy się do tego już dawno, a zwykli wyborcy taką tematykę lekceważą. Czy dla socjalnych zwolenników obecnego obozu problemem będzie z kolei prezes „rekin finansów”? Kompromitacja nagranych w restauracji Sowa i Przyjaciele ludzi związanych z PO nakładała się na szersze zjawisko znużenia ich władzą. W przypadku PiS ten moment chyba jeszcze nie nastąpił. Pytanie, co miałoby tym razem takie znużenie wywołać.

Jest jeden punkt, w którym „Gazeta Wyborcza” z mecenasem Romanem Giertychem (i z Tomaszem Lisem w roli herolda – jego twitterowa aktywność to niezwykły przykład zrostu mediów opozycyjnych) mogą sobie gratulować. To historia z gatunku „nosił wilk razy kilka”. Kaczyński komentujący ochoczo podsłuchy w Sowie sam stał się nagle celem. Prawda, nie złapano go na niczym przełomowym. Prawda, okazało się, że nawet nie przeklina. Ale od tej pory będzie czuł się zagrożony. Teraz jest zapewne wściekły, zwłaszcza że na dokładkę zawiodły go relacje rodzinne. Kłopot sprowadził mu na głowę niesforny kuzyn Jan Tomaszewski.

Taka wściekłość bywa złym doradcą. Kto wie, czy już sejmowe debaty nad śledztwem w sprawie Polskiej Grupy Zbrojeniowej nie staną się okazją do prowokowania Kaczyńskiego przez opozycję. A sprowokować go można – to już widzieliśmy.

Notabene można by orzec, że rewelacje „Wyborczej” popsuły wrażenie z wypalania gorącym żelazem korupcji we własnych szeregach. Tyle że wielu podejrzewa kolejność odwrotną: to poniedziałkowe zatrzymanie Bartłomieja M. i towarzyszy miało by być medialną zasłoną. W związku z technologią powstawania tekstów prasowych takich, jak ten wczorajszy, PiS był go świadomy od pewnego czasu. To jest realny problem. Wszystkie tego typu zdarzenia stają się elementem walki na fasady i ustawki. Ale znów – żadna to nowina. Choć same zarzuty wobec ludzi związanych kiedyś z Polską Grupą Zbrojeniową są z pewnością autentyczne.

Politycy PiS będą teraz powtarzać, że historia wieżowca Srebrnej to odgrzewane kotlety. Dzień wcześniej powtarzali jak automaty, że uderzenie w ludzi Macierewicza to dowód, że „nie ma świętych krów”. Mamy przedsmak zaplanowanych na miesiące kampanii. Jeśli to najważniejsze, czym dysponuje opozycja (tak sugerował Lis), wynik jest raczej przesądzony – na korzyść rządzących. Ale z pewnością coś w zanadrzu jeszcze pozostało. Plotki o innych taśmach krążą nieustannie.

Prezes PiS jest także do podsłuchania. Okazał się nie tak wszechwładny, jak się wydawało. Został odczarowany, także przed swoimi ludźmi. Ale są oni na niego skazani, więc bezpośrednich następstw tego zdarzenia nie należy się spodziewać zaraz, teraz. Możliwe, że zmienią się leciutko stosunki w pisowskim kierownictwie. Premier Morawiecki może się np. mniej obawiać złego wrażenia, że dał się kiedyś nagrać. Skoro „prezes też…”. To są jednak niuanse, nieważne dla zwykłego obywatela.

Nadciąga permanentna kampania wyborcza, długa i smutna, bezwzględna, nastawiona na zniszczenie. Ale to też wie już chyba każdy Polak.

>>> Czytaj też: Brejza: Sprawa Bartłomieja M. to przykrywka. Chodzi o jądro systemu finansowego PiS