A wie pani, że ona do mnie zadzwoniła, żeby zaprosić mnie do swojego programu w TVP.
Odmówiłem. Powiedziałem: „Pani Magdo, może jeszcze za wcześnie”.
Nie.
Skąd pani to wie? Powiedziała. Zaproponowałem, żeby poszła, a jak skończy, to ja zejdę do dziennikarzy i powiem swoją wersję, a ona na tym straci.
W pewnym momencie miałem jej tak dosyć, że chciałem ogłosić, że nie jest naszą kandydatką.
Bo koledzy mnie przekonali, że to byłby dla nas jeszcze większy krach.
To nie była nasza pierwsza kandydatka. Przyjęliśmy założenie, że kandydatem na prezydenta z ramienia naszej partii musi być ktoś, kto ma szansę wyjść poza SLD, ktoś ponadpartyjny. Na posiedzeniu rady krajowej partii zaproponowałem Ryszarda Kalisza.
Ale Kalisz był gotów, powiedział, że wystartuje. Nie zgodzili się koledzy z SLD. Potem pomyślałem o Wojciechu Olejniczaku. Był wtedy na stypendium w Stanach. Zgodził się, a po dwóch tygodniach wycofał. Zadaję pytanie, co się stało. Mówił o względach rodzinnych, a złe języki twierdziły, że w Pałacu Prezydenckim poproszono go, żeby nie startował, bo mógłby Komorowskiemu urwać 10 proc., a tyle właśnie mogłoby zabraknąć do zwycięstwa w pierwszej turze. Potem rozmawiałem z Grzegorzem Kołodką, a on, że ma kompetencje do tego, żeby być prezydentem, ale nie będzie startował, bo te wybory są rozstrzygnięte, udawane właściwie, i Komorowski po prostu wygra. Inni też mówili, że za 5 lat mogą spróbować.
Nie. Ja widzę jednego polityka, który ma szansę wygrać w wyborach prezydenckich. To Donald Tusk.
Z Nowacką na samym początku. A ona, że na pewno wystartuje Palikot, a skoro on, to ona nie może, bo jest lojalna w stosunku do niego. I powiem pani, że to mi zaimponowało.
>>> Polecamy: Parlament odrzucił neutralną uchwałę rządu ws. brexitu. Pokazuje to skalę jego podziałów
