Olszewski w jakimkolwiek środowisku się pojawiał, stawał się wyrocznią [WYWIAD]

Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
16 lutego 2019, 20:59
Jan Olszewski, GNU Free Documentation License w wersji 1.2
Jan Olszewski, GNU Free Documentation License w wersji 1.2/Wikimedia Commons
"Poznałem Jana Olszewskiego - wielkiego adwokata. W jakimkolwiek środowisku się pojawiał, stawał się wyrocznią. On nie tyle wylewał kubeł zimnej wody, ile przeprowadzał analizę sytuacji" - wspomina w rozmowie z Robertem Mazurkiem Piotr Ł. J. Andrzejewski, były senator, adwokat i członek Trybunału Stanu.

Piotr Ł. J. Andrzejewski: Bo polityka była jego żywiołem, ale ja poznałem Jana – wielkiego adwokata.

Adwokaci wiedzieli, że wynik rozprawy nie zależy od ich pracy, zwłaszcza w procesach politycznych, ale jakość ich obrony i poświęcenie zawsze musiały być na najwyższym poziomie.

Był wzorem przezorności, ostrożności, przy jednoczesnej wielkiej odwadze osobistej. Wie pan, o co pytano, gdy tylko coś się działo? „A co Jan na to?”.

Tak było od samego początku. W jakimkolwiek środowisku się pojawiał, stawał się wyrocznią. On nie tyle wylewał kubeł zimnej wody, ile przeprowadzał analizę sytuacji. To były intelektualne perełki – argumentował ostrożnie, niuansował sytuację, oglądał ją z każdego punktu widzenia, a potem wyprowadzał jednoznaczne wnioski.

Tak, w zasadzie nigdy Jasiu czy Janku. Jan to był Jan.

Zawsze powściągliwy, to nie był ludyczny, dynamiczny gracz, jakim potrafił być Władysław Siła-Nowicki. Jan umiał słuchać ludzi, ich argumentów. Nie zdradzał się ze swoją opinią zbyt wcześnie, milczał, dopóki nie padło kardynalne: „A co ty, Janie, na to?”.

To był proces Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego po ich słynnym liście do partii z 1964 r. Ich obrońcą był właśnie Olszewski, wspaniale się prezentował. Bardzo ich później szanowałem, ale wtedy, na procesie, Jacek był marginalny. Znakomite, wyważone było wystąpienie Karola Modzelewskiego, wygłoszone z pozycji ideologicznych, zbliżonych do systemu, ale całkowicie kontestujące formułę funkcjonowania PRL. Ranga tego procesu była ogromna, a na mnie, młodym prawniku, wielkie wrażenie zrobił Olszewski.

Jego patronem był słynny adwokat Mieczysław Maślanko, w czasach stalinowskich postać co najmniej kontrowersyjna…

Maślanko zasłynął jako obrońca niezwykle elastyczny i sprawny. Z kolei Olszewski po aplikacji współpracował z Anielą Steinsbergową…

Pamiętam, jak w 1965 r. bronili szefa Związku Literatów Polskich Jana Nepomucena Millera, który ostatecznie został skazany na trzy lata więzienia. Ponieważ oskarżano go o „rozpowszechnianie nieprawdziwych informacji”, to Olszewski ze Steinsbergową zamówili opinię u trojga autorytetów: Leszka Kołakowskiego, Tadeusza Kotarbińskiego i Marii Ossowskiej o tym, co to jest informacja. To był majstersztyk.

Sąd tę opinię odrzucił, ale ja jej używałem jeszcze w obronach politycznych w stanie wojennym. Świetny dokument.

Nie, każdy miał swój, ja się wzorowałem właśnie na Janie Olszewskim. On miał imponujące wystąpienia, ale nad wszystkimi górował wtedy wspaniale perorujący Siła-Nowicki. Jan był powściągliwy, sceptyczny, powoli zbliżał się do tematu, analizując stan faktyczny i stan prawny. To ostatnie po mistrzowsku robił Tadeusz de Virion. Analizował stan prawny w sposób naukowy, taki, że go z otwartymi gębami słuchali sędziowie. A jak jeszcze coś napisał, to mieli ściągę na następne sprawy. Imponujące było, jak dalece potrafił on z orzecznictwa i z doktryny wyprowadzać wnioski. Olszewski był bardzo podobny.

Ze swadą? To był po prostu wielki teatr, zadziwiający i w sposobie mówienia, i w treści oracji. Odwoływał się jednocześnie do świata wartości i kultury, wiele mówił o motywacji. Porywający i, o dziwo, skuteczny. A Olszewski był inny, logiczny, wszystko rozgrywał na zimno, perfekcyjnie.

Jan był i zbyt mądry, i zbyt uczciwy. De Virion wiedział, że jest określone teatrum, potrafił grać wedle reguł, doskonale opanował konwencję.

To był początek lat 70., na Brackiej, w mieszkaniu Siły-Nowickiego, który mnie przedstawiał wszystkim jako swojego następcę. Tam schodziło się zawsze mnóstwo osób. Żył jeszcze Witold Lis-Olszewski…

On tam bywał, spotykałem innych wielkich prawników – Andrzeja Grabińskiego, potem choćby oskarżyciela w procesie zabójców ks. Jerzego Popiełuszki, bywał tam Stanisław Szczuka...

U Siły-Nowickiego się nie grało. Chyba ze trzy stoliki brydżowe były w klubie, w radzie adwokackiej w Al. Ujazdowskich, gdzie rozmawiano o wszystkim.

Rozmawiał Robert Mazurek.

>>> Polecamy: Miller: Tylko Tusk ma szansę wygrać w wyborach prezydenckich

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: MAGAZYN DGP
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj