Nie mogę znieść tego polskiego kompleksu, że nie będziemy pełnowartościowymi Europejczykami, dopóki amerykański gwiazdor nie zagra polskiego króla.
W takim razie to mało chytre podejście, bo podstawą nie jest angaż gwiazdy, tylko historia. Za każdym sukcesem filmu stoi scenariusz…
I moje doświadczenie jest takie, że jak napiszę historię lokalną, unurzaną w polskich problemach, jak choćby „Norymbergę” czy serial „Sprawiedliwi” o Polakach ratujących Żydów, to natychmiast zostaje to zauważone w Europie.
Ale tego się nie robi w ten sposób, że się każe Gibsonowi grać Sobieskiego.
Opowiem panu prawdziwą historię. W 1924 r. Władysław Reymont dostaje Nobla za „Chłopów”. W Szwajcarii swój dom miał Ignacy Jan Paderewski, który podarował angielskie wydanie „Chłopów” sąsiadowi – indyjskiemu maharadży Nawanagaru. Ten maharadża podarował je swojemu bratankowi, który poznał i Paderewskiego, i potem gen. Władysława Sikorskiego. Kiedy wybuchła II wojna światowa i trzeba było ratować polskie sieroty z piekła Sowietów, to właśnie ten zafascynowany „Chłopami” i polskością młody maharadża Jam Sahib Digvijaysinhji zorganizował dla nich sierocińce, uratował setki dzieci.
To opowiedzmy im historię tego maharadży, zróbmy o nim film. Nikt tego nie próbuje, a to jest coś, co mogłoby być zrozumiałe na całym świecie – historia uratowanych dzieci.
Całą rozmowę przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP
