Panie redaktorze, proszę dokładnie cytować moje słowa. Powiedziałam, że w tym momencie jestem ministrem edukacji. Zapadła jednak decyzja, że kandyduję do Parlamentu Europejskiego. System jest przygotowany.
To, co zostało zapisane w prawie oświatowym, jest realizowane. Wszystko jest wyliczone i zaplanowane. Nie ma powodów do obaw dla rodziców uczniów, którzy przystąpią do tegorocznej rekrutacji. Nawet najbardziej negatywne i politycznie nastawione do reformy samorządy informują rodziców i uczniów, że są przygotowane do rekrutacji w 2019 r. A rekrutacja rządzi się swoimi prawami i skończy się pod koniec lipca. Będzie praktycznie tak samo wyglądała, jak w poprzednich latach. Różnica jest tylko taka, że będą oddzielne klasy dla uczniów po szkole podstawowej i gimnazjum. W 2010 r. było więcej dzieci w systemie niż będzie teraz w rekrutacji i nikt nie wieścił końca świata. Byłoby moją wielką nieodpowiedzialnością podpisanie się pod projektem ustawy, która nie jest przeanalizowana i skonsultowana. System jest prawidłowo skonstruowany, samorządowcy są przygotowani, a tegoroczna rekrutacja została zaplanowana w przepisach już w marcu 2017 r., więc wszyscy mieli odpowiedni czas, aby się do niej przygotować.
Nic mi o tym nie wiadomo. Cały czas pracuję dla dobra dzieci, nauczycieli i rodziców. Przypomnę, że moje działania związane z reformą sprawiły, że wszystko, co nauczycielom zabrali poprzednicy, zostało im zwrócone. Praktycznie w całości zrealizowaliśmy Pakt dla edukacji opracowany przez ZNP. Zrealizowaliśmy również wszystkie postulaty oświatowej Solidarności. Zlikwidowaliśmy godziny karciane, a teraz od września zwiększamy na każdym etapie edukacyjnym liczbę płatnych godzin do dyspozycji dyrektora. Właściwie każde zajęcia dodatkowe będą teraz płatne. Wprowadziliśmy umowy o pracę dla wszystkich nauczycieli w niepublicznych placówkach, usankcjonowaliśmy w ustawie pensum dla nauczycieli specjalistów, w tym logopedów, pedagogów i psychologów. Rozmawiam ze związkami przez ponad trzy lata. Przypomnę, że nauczyciele w 2017 r. jako jedyna grupa otrzymała waloryzację. Były wtedy uszczypliwości, że to marna podwyżka, ale to nie była podwyżka, tylko waloryzacja. I to właśnie w 2017 r. zapowiedziałyśmy wspólnie z panią premier Beatą Szydło podwyżki w trzech krokach. Wtedy nie słyszałyśmy, że to za mało, że za długi okres ich wprowadzania. Dopiero pod koniec listopada ubiegłego roku pojawiły się większe żądania. W styczniu 2019 r. związki przestały rozmawiać. Przedstawiłam „Deklarację na rzecz edukacji przyszłości”, programowy i ważny dokument, ale związkowcy się do niego nie ustosunkowali. Z tego dokumentu wynika, że na edukację w najbliższych latach zostanie przeznaczone ponad 10 mld zł więcej, w tym 5,4 mld zł na podwyżki dla nauczycieli. To są dwie podwyżki w 2019 r. i do tego 200, 400 i 500 zł dodatku za wyróżniającą pracę w zależności od stopnia awansu zawodowego nauczyciela. Do tego po 1000 zł na start dla nauczycieli stażystów oraz po ok. 250 zł miesięcznie dla młodych nauczycieli z tytułu zwolnienia z PIT.
Nie wydłużyłam, tylko skróciłam.
Daliśmy możliwość skrócenia ścieżki awansu za sprawą oceny wyróżniającej.
Ależ ja cały czas rozmawiam. Jestem członkiem rządowego zespołu, który rozmawia z Solidarnością i dziś odpowiadam na zaproszenie przewodniczącej Rady Dialogu Społecznego. Z ramienia rządu będzie też Elżbieta Rafalska, minister rodziny, pracy i polityki społecznej. W radzie będziemy rozmawiać ze związkami o podwyżkach. Będziemy prosili związki, aby – podobnie jak rząd – zrobiły kilka kroków naprzód.
Dla związków być może w tył, ale oni muszą rozmawiać, jak powinno wyglądać wynagrodzenie nauczycieli przez następne lata. Rozumiem rozgoryczenie, bo od 2012 r. nie było podwyżek. Ostatnia wynosiła 3,8 proc. W 2015 r. minister Kluzik-Rostkowska wyszła i powiedziała, że nie ma pieniędzy na podwyżki i trzeba ich szukać w subwencji. Mówiła też, że nie powinno być Karty nauczyciela, bo tam należy szukać oszczędności. My w tak krótkim czasie nie jesteśmy w stanie nadrobić zaległości, które powstały przez kilka lat.
To było spotkanie premiera z prezydentem.
Jeśli chodzi o pana premiera, to od kiedy objął funkcję wicepremiera i ministra finansów, był wdrażany w specyfikę systemu edukacji i świetnie wie, jak on funkcjonuje. Z panem prezydentem też rozmawialiśmy wiele godzin, zanim zdecydował się złożyć podpis pod prawem oświatowym. Spotkali się więc wyłącznie merytoryczni mężowie stanu.
To jest wynik tego uśrednienia, że jeden zarabia mniej, a drugi więcej.
Proponowałam dwukrotnie uproszczenie tego systemu. I związkom, i samorządom. Chciałam, aby zmiany dotyczące naliczania subwencji były liczone na oddział. Chciałam też uprościć system wynagrodzenia nauczycieli. Na to musi być zgoda wszystkich stron. Pierwsza udana próba została podjęta przy likwidacji dodatku mieszkaniowego. Była zgoda związków na to, aby był on włączony do wynagrodzenia zasadniczego. Zanim jednak to zmieniliśmy, sprawdziliśmy, jak realizują ten dodatek samorządy. Okazało się, że w 80 proc. nauczyciele otrzymywali z tego tytułu jedną złotówkę. Samorząd nie łamał prawa, bo przyznawał ten dodatek, a my przeznaczaliśmy na ten cel w subwencji 130 mln zł. Włożyliśmy więc dodatek mieszkaniowy do kwoty bazowej, a powszechna opinia jest taka, że te pieniądze nauczycielom zostały zabrane.
To jest nieprawda, bo wtedy na ten cel przeznaczono 5 mln zł, a teraz przeznaczamy na nowy dodatek 50 mln zł.
Karta nauczyciela musi zostać, bo ten zawód jest specjalnym zawodem. Trzeba ją jednak zmodyfikować.
Nie. Jest całkiem odwrotnie. Ona chciała ją zlikwidować, a ja chcę ją unowocześnić.
Nieprawda. Wspólnie i w porozumieniu ze związkami ją zmieniamy. Na przykład poprzednia ekipa niby dała podwyżki, ale dodała też dwie godziny dodatkowo, godziny karciane, które były bezpłatne. A my je zlikwidowaliśmy.
Są godziny do dyspozycji dyrektora, a teraz je zwiększamy. Dodatkowo, jeśli mielibyśmy te nasze podwyżki pomnożyć przez 18, a nie 20 godzin z karcianymi, to wychodzi nam, że od kwietnia 2018 r. do września 2019 r. nauczyciele otrzymają 22 proc. podwyżki, a nie 16,1 proc.
To jest tylko udowadnianie, jaki jest zysk dla nauczyciela.
Musi być zgoda wszystkich związków zawodowych i samorządowców.
Pod koniec listopada 2018 r. poprosiłam na piśmie, aby związki zaproponowały kierunki zmian i odniosły się do naszych propozycji. Nikt się na to nie zdecydował. Mam nadzieję, że jeszcze w tej kadencji zaproponujemy razem z Instytutem Badań Edukacyjnych kilka wariantów, jak powinny wyglądać zmiany wynagrodzeń.
Wierzę głęboko, że zjednoczona prawica będzie rządziła w następnej kadencji.
Jeśli wygramy, to te wszystkie projekty będą kontynuowane.
Samorządy wprowadzają opinię publiczną w błąd. Na ok. 47 mld zł subwencji oświatowej tylko 32 mld zł to pensje nauczycieli. A przecież pracownicy samorządowi zatrudnieni w szkołach powinni w całości być finansowani przez samorządy. W pytaniu referendalnym zadanym przez ZNP jest mowa o tysiącu złotych w kwocie bazowej dla nauczycieli, co dla dyplomowanych oznaczałoby blisko 2 tys. zł podwyżki. Dodatkowo w tym pytaniu jest mowa o tysiącu złotych wynagrodzenia dla pracowników niepedagogicznych. Przecież to jest zadanie własne gmin, aby tym niepedagogicznym pracownikom zapewnić wynagrodzenie. My z subwencji mamy zapewnić środki na minimalne płace zasadnicze nauczycieli. Tak jest skonstruowane prawo.
Nie akceptuję ich twierdzenia, że dokładają do oświaty. Przecież to są ich zadania własne. Obok subwencji oświatowej na uczniów i sześciolatków w przedszkolu oraz dotacji przedszkolnej dla pozostałych dzieci mają przecież odpisy z PIT i CIT. W samym tylko 2017 r. z odpisu od podatków trafiło do nich o 16 mld zł więcej niż w roku poprzednim.
Samorządy, jak to wynika z konstytucji, kształtują swoje budżety i swoją lokalną politykę, w tym oświatową, i dostają na to pieniądze. Warszawa w ubiegłym roku otrzymała więcej o 201 mln zł. Uczestniczy dodatkowo w różnego rodzaju projektach finansowanych z budżetu państwa, w tym szerokopasmowym internecie, zakupie tablic multimedialnych, wyposażeniu klas w gabinety przyrodnicze oraz rozwoju czytelnictwa. Doinwestujemy samorządom szkoły, które są ich własnością. Nie możemy jednak zwolnić włodarzy z ich obowiązków. Na przykład zadaniem własnym są przedszkola. My przeznaczamy na nie w sumie około 3 mld zł, a nie mamy takiego obowiązku, bo to zadanie własne gminy. Ale to robimy. Dzięki temu mamy tak dużo dzieci w przedszkolach, czyli około 96 proc. sześciolatków i ponad 80 proc. trzylatków.
Samorządy bardzo często chcą swoje ustawowe obowiązki przerzucać na rząd, nazywając to dokładaniem do oświaty.
Został zaproszony, ale nie wiem, czy się pojawi.
Ale będziemy ja i pani minister Rafalska.
Ale ja już rozmawiałam w Radzie Dialogu Społecznego z setką nauczycieli. Przecież to są moje koleżanki i moi koledzy. Nawet jeśli się różnimy, to mówimy tym samym językiem i znamy się na edukacji.
Na takich spotkaniach obowiązuje określona kultura.
RDS to nie miejsce do protestu, tylko do rozmów i wypracowania kompromisu.
Dane PIP są wiarygodne. Niepokojące jest jednak to, że na 9 tys. placówek oświatowych, w których trwają spory zbiorowe, aż 2 tys. to przedszkola. Ich finansowaniem i wypłacaniem wynagrodzenia w całości powinny zająć się samorządy. Niezależnie od tego nie wydaje mi się, aby dyrektorzy nie realizowali ustawowego obowiązku i nie powiadamiali PIP o sporze zbiorowym.
To naraża nauczycieli na zarzut udziału w nielegalnym strajku.
Około 10 tys. placówek oświatowych z 40 tys. ogółem. Dane te są zbieżne z tymi, które niezależnie zbierają dla nas kuratoria, rozmawiając z dyrektorami. Dziś będziemy wiedzieć ostatecznie, ile placówek opowiedziało się w referendum za protestem.
Myślę, że te procenty, którymi posługuje się pan prezes, odnoszą się nie do ogółu placówek, ale tych, w których działa związek.
To jest propozycja związków zawodowych. Oficjalnie oni chcieliby 15 proc. z wyrównaniem od stycznia. Proszę jednak pamiętać, że 1 proc. podwyżki przy 700 tys. nauczycieli to rocznie wydatek rzędu 420 mln zł.
I tak przyspieszając wypłatę drugiej transzy podwyżek w tym roku, sprawiliśmy, że poza 2,8 mld zł musieliśmy znaleźć ekstra blisko 1 mld zł. To jest w sumie prawie 4 mld zł.
Piątka Kaczyńskiego jest pozytywnie odbierana przez społeczeństwo i wielu nauczycieli też na tych rozwiązaniach skorzysta.
Obecnie żądania Solidarności dotyczą całej budżetówki. Musimy się do nich odnieść do 4 kwietnia.
Jestem głęboko przekonana, że takie porozumienie z Solidarnością będzie podpisane przez rząd. Bardzo mi na tym zależy.
Nie. Absolutnie nie. Na takie samo porozumienie liczę z ZNP i FZZ.
Bo miejscem do spotkań jest Rada Dialogu Społecznego.
Na pewno będzie w RDS wicepremier Beata Szydło, która chce to wszystko scalić.
To jest duże zmartwienie, a sytuacja jest poważna, dlatego musimy być przygotowani na różne warianty. Mam informacje od dyrektora CKE, że jesteśmy gotowi do egzaminów. Wiem też od dyrektorów szkół, że gdyby nawet doszło do jakichś zdarzeń związanych ze strajkiem, to oni egzaminy przeprowadzą. Byłabym jednak nieodpowiedzialna, gdybym nie wysłuchała próśb dyrektorów, którzy chcą mieć dużą elastyczność w powoływaniu komisji. Dlatego też w rozporządzeniach pojawia się możliwość, aby w zespole nadzorującym egzaminy uczestniczyli wyłącznie nauczyciele spoza macierzystej placówki.
Te zmiany są zgodne z prawem.
Trwają konsultacje, ale nie widziałam, aby PIP miała w tym zakresie jakieś zastrzeżenia.
Gdyby samorządy chciałby być wiarygodne, to podniosłyby wszystkie dodatki, w tym motywacyjny, funkcyjny czy za wychowawstwo.
To jest pokłosie tego, że zmieniliśmy prawo i samorządy znów co roku muszą obowiązkowo negocjować regulaminy płacowe dla nauczycieli i pozostałych pracowników oświaty. A takie inicjatywy tylko cieszą. Oby były to realne podwyżki. Przy tej okazji samorządy powinny podwyższyć pensje pracownikom samorządowym, czyli niepedagogicznym zatrudnionym w placówkach oświatowych. Ich wynagrodzenie jest na poziomie płacy minimalnej. Dodatkowo te same samorządy wprowadzają rodziców w błąd, mówiąc, że one nie są odpowiedzialne za przygotowanie egzaminów.
Nauczyciele muszą mieć świadomość, że za dzień strajku nie należy im się wynagrodzenie. Oczywiście poza składkami odprowadzanymi od wynagrodzenia. Tak stanowi m.in. ustawa o rozwiązywaniu sporów zbiorowych. Nauczyciele mogą dziennie stracić na tym strajku nawet 130 zł. Samorządowcy mogą obiecywać nauczycielom wiele, ale przepisów nie da się obejść. Obowiązuje ich ustawa o finansach publicznych, która zabrania naruszania dyscypliny finansów publicznych. Płacenie za strajk w jakiejkolwiek formie naraża włodarzy na taki zarzut.
Ale w następnym miesiącu będą musieli liczyć się z potrąceniem.
>>> Czytaj też: Opozycja licytuje już tak wysoko, jak PiS. Realizacja obietnic zwiększy deficyt do 3 proc. PKB
