Autorzy raportu sporządzonego na zlecenie wpływowej Fundacji Bertelsmanna postulują zmniejszenie liczby klinik z obecnych 1400 do mniej niż 600. Ich zdaniem wiele szpitali w mniejszych miejscowościach nie ma odpowiedniego wyposażenia ani doświadczenia, by w odpowiedni sposób zająć się pacjentami z zawałami serca czy udarami.

Według IGES problemem niemieckiej służby zdrowia jest fakt, że 57 proc. klinik ma mniej niż 200 łóżek, a jedna trzecia - poniżej 100. Efektem rozdrobnienia są braki zarówno personelu, jak i sprzętu. W 2017 roku jedna trzecia placówek nie miała na wyposażeniu tomografu komputerowego, a w 61 proc. nie można było wykonać koronarografii - badania stosowanego przy diagnostyce choroby wieńcowej.

Dodatkowo przez brak personelu wydłuża się czas oczekiwania na lekarza specjalistę, a co za tym idzie - zwiększa się ryzyko zgonu. Z danych zgromadzonych przez badaczy berlińskiego instytutu wynika, że w największych klinikach niebezpieczeństwo to jest o 26 proc. niższe w porównaniu z najmniejszymi, a w przypadku zawału - nawet o 31 proc.

Jednocześnie niemal nigdzie na świecie nie przyjmuje się do szpitali tyle osób, co w Niemczech - 19,5 mln przypadków rocznie. Zdaniem IGES nie wynika to jednak ze stanu pacjentów, lecz z uwarunkowań rynkowo-prawnych: pobyt chorego w szpitalu przynosi placówce więcej pieniędzy. Według szacunków około 5 mln pacjentów mogłoby być leczonych ambulatoryjnie.

Same szpitale reagują na postulaty ekspertów wyjątkowo krytycznie. "Propozycja zamknięcia 1000 spośród 1600 placówek i rozbudowanie pozostałych to awanturnictwo. Oznaczałoby to zniszczenie infrastruktury socjalnej" - oburza się prezes Niemieckiego Stowarzyszenia Szpitali (DKG) Gerald Gass.

"Twierdzenia, że kumulacja lekarzy, pielęgniarek i sprzętu w jednym miejscu podniesie jakość usług, nie jest niczym poparte. Poza tym wiele placówek koncentruje się na podstawowych dziedzinach opieki, takich jak położnictwo czy opieka nad osobami starszymi, i powinny one być dostępne jak najbliżej rodziny i miejsca zamieszkania" - argumentuje Gass.

Według komentatorów pacjenci nie powinni w najbliższym czasie spodziewać się rewolucji w niemieckiej służbie zdrowia. Zarządzanie szpitalami leży bowiem w gestii rządów landowych, a nie federalnego. Żaden premier kraju związkowego nie zaryzykuje wyborczej porażki, zamykając kliniki na swoim terenie.

Jak zauważył w jednej z niedawnych wypowiedzi minister zdrowia RFN Jens Spahn: "Dla wielu obywateli szpital za rogiem to cząstka małej ojczyzny". W związku z tym od 2020 roku 120 szpitali mających największe trudności finansowe będzie dostawać po 400 tys. euro wsparcia rocznie.

>>> Czytaj też: Von der Leyen: Nie będzie kompromisów, jeśli chodzi o poszanowanie zasad praworządności