Tak.
Po pierwsze, z solidarności z osobami homoseksualnymi, które są obiektem nagonki. Znam takich ludzi, są wśród moich przyjaciół i znajomych. Po drugie, uważam, że w kraju demokratycznym wszyscy powinni mieć równe prawa, a więc i osoby LGBT winne mieć prawo do zawierania związków partnerskich. I po trzecie, z chrześcijańskiego obowiązku. Poprzez swoją wiarę zaświadczam, że akceptuję człowieka i jednocześnie pokazuję inną twarz chrześcijaństwa.
Mam 46 lat, przeżyłam niemało, ale to było jedno z najbardziej traumatycznych wydarzeń w moim życiu.
Napięcie narastało na długo przed marszem. Zorganizowany przez urząd marszałkowski Piknik Rodzinny nie był jedynie alternatywą dla marszu, miał być jego przeciwstawieniem. Przekaz był prosty – piknik dobry, marsz zły. Do tego odezwa abp. Tadeusza Wojdy, dla mnie, katoliczki, szokująca. Wskazał, jakie zagrożenia niesie ze sobą marsz i środowisko LGBT, zdefiniował wroga i wezwał do obrony zagrożonych wartości. Do tego doszły środowiska pseudokibiców, którzy zaprosili do Białegostoku kolegów i koleżanki z innych rejonów kraju. To dlatego w sobotę było ich tak wielu.
Tylko dlaczego w tym samym miejscu co uczestnicy Marszu Równości, na pl. NZS? A poza tym po zakończeniu zgromadzenia nie rozeszli się, tylko pozostali na placu. Czekali na uczestników marszu. Kiedy ci zaczęli przychodzić, z tęczowymi flagami, w tęczowych koszulkach, trafili w sam środek pseudokibiców. Byli zagubieni, nie wiedzieli, co się dzieje, co robić. Kompletny chaos. Mniej więcej po pół godzinie policja powiedziała, żeby ci z Marszu Równości wyszli na środek placu. To było jak zaproszenie do ataku, wystawienie ich na strzał. Poleciały butelki, kamienie, z balkonów ludzie rzucali zepsutymi jajkami. Niby policja stworzyła wokół nich kordon, ale nic to nie dało. A do tego setki osób krzyczących „won pedały” i „w…ć”. W powietrzu było gęsto od agresji. Wszyscy czuliśmy zagrożenie.
>>> CAŁY TEKST W WEEKENDOWYM WYDANIU DGP
