Przez lata podziwialiśmy cię za demokrację parlamentarną, z jej nieco ekscentrycznymi rytuałami i niemającymi końca ceremoniami. Brutalność, z jaką zadaje się pytania premierowi była obowiązkowa na długo przed erą mediów społecznościowych: mówca, ze swoimi krzykami nawołującymi do zachowania porządku, przypominał nam, co w polityce powinien oznaczać szacunek. Westminster był wzorem do naśladowania: kolebką dobrze prowadzonych dyskusji i doskonałej kontroli rządów. Zazdrościliśmy wam, porównując to z tym, co widzieliśmy u swoich polityków.

Referendum w sprawie brexitu i jego następstwa pozbawiły nas jednak tych złudzeń. Na początku fascynowało nas, że jedna z najstarszych i najbardziej reprezentatywnych demokracji na świecie skorzysta z plebiscytu, by podjąć tak doniosłą decyzję. Oczywiście, istnieje precedens z 1975 roku – głosowanie w sprawie pozostania w ówczesnej Europejskiej Wspólnocie Gospodarczej. Przyjęliśmy zatem, że to kolejny przejaw twojego dziwactwa, które zdarza co mniej więcej pół wieku – nawet jeśli w głębi duszy wiedzieliśmy, że to tylko sposób na rozwiązanie konfliktu w łonie Partii Konserwatywnej.

Pomiędzy tymi wszystkimi kłamstwami, którymi karmiła kampania „Leave” („Wyjdź”), istniał jeden argument nie do odrzucenia: chęć przywrócenia Westminsterowi głosu. Dążenie do tego, by znów mógł wybrzmieć z pełną mocą: by przepisy nie były tworzone gdzieś w dalekiej Brukseli, ale blisko, w domu. Brzmiało to naprawdę szlachetnie. Powiedzieliśmy sobie: „Brytyjczycy naprawdę dbają o swój parlament. Jeśli chcą ponieść straty ekonomiczne i ryzykują pozycją swojego kraju na arenie międzynarodowej po to, by mieć większy wpływ na własny system prawny, to jak moglibyśmy ich za to winić?”.

Przecież przez wiele lat brytyjscy politycy wymachiwali środkowym palcem na to, co działo się w pozostałej części Europy. Przedstawiali Unię Europejską w roli antydemokratycznego molocha, który miażdży rolę narodowych parlamentów od Grecji po Włochy. Kiedy włoscy ustawodawcy zainstalowali Mario Montiego w roli technokratycznego premiera, aby nie dopuścić do potencjalnego bankructwa, Brytyjczycy uważali to za oburzające. Podobnie potraktowali decyzję greckiego rządu z 2015 roku o przyjęciu pakietu ratunkowego od międzynarodowych wierzycieli. Hasztagiem „ThisIsACoup” (ToZamach) brytyjscy politycy osadzili Ateny w roli europejskiej celebrytki.

A teraz widzimy jak Boris Johnson zawiesza demokrację parlamentarną po to, żeby pokazać, jak poważnie podchodzi do sprawy bezumownego brexitu. Nowe wybory – trzecie w przeciągu ostatnich 4 lat – majaczą na horyzoncie tego, co dawniej było krainą politycznej stabilności.

Reklama

Jasne, istnieją precedensy (one są zawsze), a rząd uważa, że to jedyny sposób, aby politycy szanowali wolę narodu. Ale nie popełnijcie błędu: w krajach, które mają za sobą mroczne okresy dyktatury, widok parlamentu zamkniętego w tak ważnym punkcie zwrotnym, nie kojarzy się dobrze. To, że to wszystko dzieje się w Westminsterze jest wręcz szokujące.

Istnieje jeszcze jedna cecha, którą my, cudzoziemcy, nauczyliśmy się doceniać u Brytyjczyków: to pragmatyzm. W końcu w czcigodnej Izbie Gmin rząd i opozycja siedzą od siebie oddaleni jedynie o szerokość dwóch mieczy i jednego centymetra, co ma przypominać, że członkowie Izby powinni zawsze dążyć do rozwiązania za pomocą pokojowych środków.

Z pewnością polityka brytyjska może zrobić coś więcej niż rozwiązać aktualny problem poprzez zamknięcie debaty.

Prosimy, zróbcie coś. Reszta Europy czeka na to z niecierpliwością.

>>> Czytaj też: Wybory w niemieckich landach bez rewolucji, ale socjaldemokraci z najgorszym wynikiem wyborczym