Mówiąc najprościej, „spoiler effect”, czyli „efekt popsucia” to sytuacja, w której głosy jednego elektoratu rozkładają się na dwóch lub większą liczbę kandydatów. Jeśli kandydat A otrzymuje 49 proc. głosów, a kandydat B – 48, to języczkiem u wagi staje się trzyprocentowy kandydat C. Jeśli założymy, że B i C reprezentują podobne elektoraty, to choć poparcie dla tego ostatniego jest niewielkie, to ono zadecyduje o ostatecznym zwycięstwie w wyborach i wygranej A. „Spoiler effect” jest obecny na całym świecie, wszędzie tam, gdzie mamy do czynienia z jednomandatowymi okręgami wyborczymi. I tak dzieje się przy okazji bieżących wyborów do Senatu w Polsce.

W znacznie trudniejszej sytuacji jest dzisiaj Koalicja Obywatelska i jej zawarty z SLD i PSL „pakt senacki”. W co najmniej tuzinie okręgów startuje ktoś, kto może spowodować „spoiler effect”. Wobec tego trzej byli prezydenci, czyli Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski i Bronisław Komorowski zaapelowali we wspólnym liście o wycofanie się kandydatów psujących szanse oficjalnych reprezentantów KO. Zareagował na to Stanisław Karczewski. „List byłych prezydentów Wałęsy, Komorowskiego i Kwaśniewskiego ws. rezygnacji ze startu w wyborach do Senatu, to nic innego jak autorytarny nacisk na kandydatów, którzy mają prawo w nich startować. 30 lat temu to prawo wywalczyli Polacy, ale jak widać niektórzy nadal tęsknią za komuną” – napisał na Twitterze.

Największe zainteresowanie mediów budzi Warszawa, gdzie w okręgu nr 44 Grzegorz Schetyna wyznaczył konserwatywnego, zarówno jak na stołeczne standardy polityczne, jak i samą PO, Kazimierza Ujazdowskiego. Lewica stawia na swojego kandydata, związanego z ruchem Obywatele RP Pawła Kasprzaka. Za to w sąsiednim okręgu nr 43 Barbarze Borys-Damięckiej z KO głosy podbiera Monika Jaruzelska, której start do Sejmu zablokował SLD.

Ale jeszcze ciekawsze pojedynki toczą się w innych miejscach. Okręg nr 4, obejmujący powiaty świdnicki i wałbrzyski oraz miasto Wałbrzych, przez dwie kadencje reprezentował zmarły w marcu Wiesław Kilian z PO. Cztery lata temu wygrał przewagą niespełna 3 pkt proc. nad kandydatem PiS. Dzisiaj w barwach partii rządzącej startuje Kamil Zieliński, do sierpnia wicewojewoda dolnośląski, a w barwach KO – dotychczasowa posłanka PO Agnieszka Kołacz-Leszczyńska. Oboje mają równe szanse, ale głosy kandydatce opozycji może odebrać trzeci pretendent, Mirosław Lubiński. „Jestem lekarzem, osobą niezależną, niezwiązaną z żadną partią polityczną. Nie posiadam struktur partyjnych, subwencji i dostępu do mediów publicznych, dlatego proszę Państwa o pomoc w mojej kampanii wyborczej” – napisał na swoim profilu na FB.

Tymczasem ten były działacz Socjaldemokracji Rzeczpospolitej Polskiej, a potem SLD – już jako radny sejmiku dolnośląskiego z list PSL – zapowiedział po wyborach 2018 r. współpracę i wsparcie koalicji PiS i Bezpartyjnych Samorządowców. To on uratował ich koalicję na Dolnym Śląsku na najważniejszej dla władz województwa sesji sejmiku. Radni głosowali wtedy wotum zaufania dla marszałka i jego zastępców. Gdyby nie Lubiński, opozycja mogłaby składać wniosek o odwołanie zarządu. Scenariusz był realny, bo PiS i BS musiały mieć 19 głosów „za”. Jednego im brakowało, bo na sesji nie zjawił się przebywający na urlopie członek zarządu i radny BS Tymoteusz Myrda. Koło ratunkowe rzucił więc koalicji Lubiński. Tak samo teraz jego zadaniem może być wyciągnięcie głosów tradycyjnego SLD-owskiego elektoratu z puli kandydatki KO.

Na interesującą potyczkę zanosi się w tradycyjnie platformerskim okręgu nr 24, obejmującym powiaty brzeziński i wschodni łódzki oraz część Łodzi. KO po długich bojach postawiła w ramach senackiego paktu opozycji na radną SLD Małgorzatę Niewiadomską-Cudak. Już po ich negocjacjach do wyborów zgłosił się odchodzący po pełnej kadencji prezes NIK Krzysztof Kwiatkowski, minister sprawiedliwości w pierwszym rządzie Tuska. Wszechwładna i bardzo popularna w mieście prezydent Łodzi Hanna Zdanowska poparła w spocie wyborczym Kwiatkowskiego. Jeżeli głosy wyborców opozycji podzielą się, to szanse na mandat ma kandydat PiS Marek Markiewicz. Ten były poseł i przewodniczący KRRiT w latach 90. jest łodzianom dobrze znany, także dzięki prowadzeniu w Polsacie programów publicystycznych.

W okręgach nr 52 i 53 na Opolszczyźnie „spoilerami” mogą być kandydaci KWW Mniejszość Niemiecka. W pierwszym Rafał Bartek, w drugim – Roman Kolek. O ile obydwaj nie liczą się w walce o mandat, to jednak mogą zdobyć po około 20 proc. głosów. Na tych względnie remisowych terytoriach odbierają je kandydatom PiS i KO. Dlatego na trzy dni przed wyborami nie da się wskazać, kto je tam wygra. Z kolei w okręgu nr 74, obejmującym kawałki kilku miast aglomeracji katowickiej, w tym Chorzowa i Piekar Śląskich, PO miała duże szanse na odnowienie mandatu. Do czasu, aż skłócony z władzami partii przewodniczący rady miejskiej Świętochłowic Dawid Kostempski postanowił wystartować do Senatu jako niezależny i odebrać głosy oficjalnemu kandydatowi KO Henrykowi Mercikowi, związanemu z Ruchem Autonomii Śląska. Ten klincz daje spore szanse na mandat szerzej nieznanej Dorocie Tobiszowskiej z PiS.

Na „spoiler effect” cierpi też PiS. Waldemar Bonkowski jest senatorem okręgu nr 63 na Pomorzu, obejmującego powiaty bytowski, chojnicki, człuchowski, kartuski i kościerski. W lutym 2018 r., po serii antysemickich wpisów w mediach społecznościowych, został zawieszony przez Jarosława Kaczyńskiego w prawach członka PiS. 11 lipca 2019 r. wygłosił przemówienie, w którym nazwał prezydent Gdańska „frau Dulkiewicz”, a partia ostatecznie pozbyła się go ze swoich szeregów. Teraz Bonkowski kandyduje z własnego komitetu przeciwko oficjalnemu kandydatowi PiS, wojewodzie pomorskiemu Dariuszowi Drelichowi. Ale Kartuzy i Kościerzyna to raczej teren przychylny Platformie i na rywalizacji dwóch kandydatów prawicy może zyskać Stanisław Lamczyk, poseł PO.

>>> Czytaj też: Francis Fukuyama: To co zobaczyłem w Warszawie teraz, po 30 latach, to cud