Państwo Islamskie (IS), mimo śmierci jego lidera Abu Bakra al-Bagdadiego, wciąż stanowi zagrożenie w Iraku i Syrii, ze względu na decyzję prezydenta Donalda Trumpa o wycofaniu sił USA z północy Syrii - ocenia magazyn "Foreign Policy".

Tak jak śmierć Osamy bin Ladena nie doprowadziła do wyeliminowania Al-Kaidy, tak pozbycie się Bagdadiego "nie będzie podzwonnym dla IS" - uważa cytowany w artykule "FP" ekspert Waszyngtońskiego Instytutu Polityki Bliskowschodniej (WINEP) Dany Stroul.

"Śmierć Bagdadiego oznacza cios dla organizacji, ale IS wciąż zdaniem polityków i ekspertów stanowi zagrożenie w Syrii, szczególnie od czasu ucieczki setek bojowników (tej organizacji) oraz członków ich rodzin z więzień podczas prowadzonej przez Turcję inwazji, która zakończyła miesiące względnego spokoju w północno-wschodniej części kraju" - pisze "FP".

Zabicie Bagdadiego to "zwycięstwo zespołu Trumpa do spraw bezpieczeństwa narodowego, którzy spędzili lata na ściganiu najbardziej poszukiwanego terrorysty na świecie". Jednocześnie eksperci podkreślają, że "nie cofnie to szkód spowodowanych przez decyzję prezydenta z początku października o wycofaniu sił USA z granicy turecko-syryjskiej, która przyspieszyła pełną przemocy turecką operację w północno-wschodniej Syrii".

Chodzi o rozpoczętą na początku października ofensywę wojsk tureckich i wspierających je oddziałów na zamieszkaną głównie przez Kurdów syryjską tzw. Rożawę, czyli Autonomiczną Administrację Północnej i Wschodniej Syrii. Ankara od dawna zapowiadała taką ofensywę. Do momentu stacjonowania w tym regionie wojsk amerykańskich nie decydowała się jednak na atak na dowodzone przez Kurdów i przez wiele lat walczące z IS Syryjskie Siły Demokratyczne (SDF). Po zarządzeniu przez Trumpa wycofania oddziałów USA Turcja rozpoczęła jednak w październiku inwazję na autonomiczny de facto region; decyzję prezydenta Stanów Zjednoczonych wielu uznało za "zielone światło" dla operacji Ankary.

W tureckiej ofensywie zginęło już kilkuset bojowników i cywilów - przypomina "FP". Władze w Ankarze zobowiązały się do walki z bojownikami IS, ale wielu więzionych dżihadystycznych bojowników zdołało uciec podczas operacji, w tym "część została celowo uwolniona przez wspierane przez Turcję oddziały". W niewoli SDF znajdują się wciąż tysiące bojowników IS i członków ich rodzin.

Operacja sił specjalnych byłaby "niezwykle trudna" bez obecności amerykańskich wojsk na terytorium Syrii - uważa jeden z amerykańskich urzędników cytowany przez "FP". "Walka z IS jeszcze się nie zakończyła. Jesteśmy mniej bezpieczni z powodu wyjścia naszych oddziałów z Syrii" - dodaje.

Władze w Ankarze uważają kurdyjskich bojowników z Ludowych Jednostek Samoobrony (YPG), stojących na czele SDF, za terrorystów z powodu ich powiązań ze zdelegalizowaną w Turcji separatystyczną Partią Pracujących Kurdystanu. YPG były jednak przez ostatnie pięć lat najważniejszym sojusznikiem USA w walce z Państwem Islamskim.

>>> Polecamy: Łukaszenka: "Białoruś jest zmuszona do reakcji na siły USA na Litwie"