Skoro twoja książka w podtytule ma Polskę, muszę spytać: czy istnieje jakaś ściśle polska historia internetu?

Owszem, zresztą jedynie w takim przypadku ma sens to, że właśnie Polak pisze o dziejach internetu. Technologiczna rewolucja związana z internetem nałożyła się u nas na proces transformacji ustrojowej i kulturowej – procesowi podłączenia się do światowej sieci towarzyszyły nie tylko przekształcenia systemowe, lecz także zmiana w sferze wartości. To miało walor szoku: uzyskaliśmy bezpośrednią łączność z Zachodem i nie byliśmy już skazani na oglądanie przez szybę jakiegoś dziwnego, symbolicznego bezczasu. Wcześniej Polak postrzegał Amerykę jako coś na kształt wielkiego Disneylandu – składała się z obrazków z kina i telewizji, nie miało znaczenia, czy one pochodzą z lat 60., 70. czy 80., bo to był świat bajkowy. A tu nagle mogliśmy doświadczać go bezpośrednio. Dla mojej generacji doświadczeniem pokoleniowym były ataki terrorystyczne z 11 września 2001 r., a właściwie nie tyle same ataki, ile to, że to się wszystko działo w czasie rzeczywistym. To nie było coś, o czym przeczytałem na drugi dzień w gazecie: oglądałem to na żywo w telewizji satelitarnej, a wraz ze mną setki milionów ludzi. Byłem podłączony.

>>> Czytaj też: Miłoszewska: Dla władzy prawie wszyscy ludzie kultury to lewacy [WYWIAD] 

Zachód nie musiał się do niczego podłączać?

Oczywiście Zachód też się podłączył, ale dla mieszkańców pierwszego świata miało to całkiem inny wymiar – w ich wypadku internet przyczynił się do przemian w stylach życia. Wszyscy kryjemy się w różnych prywatnych niszach, interesujemy się rozmaitymi niecodziennymi sprawami: internet sprawił, że znikło poczucie osamotnienia w „dziwactwie”, bo w sieci zawsze znalazł się ktoś, kto podziela nasze fascynacje. Polacy naturalnie też tego doświadczyli, ale polska rewolucja kulturowa polegała głównie na łapczywym nadrabianiu zaległości: lata 90. to był taki gigantyczny, popkulturowy turbościek. Trzeba sobie zdać sprawę, że cały muzyczny gust Polaków przed transformacją był w zasadzie zbudowany według widzimisię paru dziennikarzy z radiowej Trójki, którzy mieli dostęp do przywiezionych z Zachodu płyt. Przypomnij sobie ten moment, kiedy otwierają się granice, a nas ogarnia zdumienie, ilu rzeczy nie znamy: ile dobrej muzyki nas ominęło, ilu filmów nie widzieliśmy. Czas Polski i czas Zachodu zaczynają się powoli harmonizować. W 1995 r. oglądamy w kinach „Pulp Fiction” w rok po tym, jak Tarantino dostaje nagrodę w Cannes. A w parę lat później okazuje się, że całą tę muzykę i wszystkie te filmy, których nie znamy, można zdobyć przez internet.

A jak było z internetem i literaturą?

Literaturze internet pomógł w inny sposób. Z początku istniała bariera technologiczna dla książek w postaci cyfrowej – z kineskopowych ekranów nie czytało się tak wygodnie jak teraz z czytników. Rewolucja nastąpiła więc gdzie indziej, w dystrybucji. Weźmy taki Amazon…

Cały wywiad z Michałem R. Wiśniewskim przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP