W sierpniu rząd zapowiedział, że budżet na 2020 r. będzie „bez deficytu”. Ucieszyło to panią?

Moja reakcja była ambiwalentna. Ze zrównoważonym budżetem sprawa wcale nie jest taka jednoznaczna.

Jak to? Przecież oznacza ograniczenie zadłużania się państwa.

Tak i to może być oczywiście pozytyw. Ale pytanie, jak się do tego „braku deficytu” dochodzi. Wybitny, chociaż dzisiaj już trochę zapomniany, ekonomista brytyjski John Kenneth Galbraith przestrzegał przed budżetowym prymitywizmem. Wydatki państwa nie są jednorodne. Galbraith sugerował – i to jest także mój postulat – by wydatki budżetowe jasno dzielić na trzy części: sztywne, instytucjonalne i prorozwojowe. Udział tych pierwszych, czyli określanych ustawami i niepodlegających doraźnym zmianom, powinien być możliwie niski.

W Polsce wydatki sztywne stanowią ok. 60 proc.

I to jest problem. To za dużo. Im więcej sztywnych wydatków, tym mniejsze pole manewru w bieżących działaniach państwa i racjonalizacji długookresowej polityki, np. mniejsza możliwość reagowania na nagłe kryzysy czy inne zjawiska niepożądane. Z kolei wydatki na instytucje państwa powinny mieć taki wymiar, by zapewnić wysoką jakość usług świadczonych obywatelom – od finansowania edukacji, sądownictwa, po ochronę zdrowia. Jednak nie powinny one rosnąć szybciej niż PKB. Natomiast wydatki na inwestycje prorozwojowe to te pobudzające rozwój społeczno-gospodarczy, koniunkturę. Jak twierdzi Galbraith, za ich redukowanie powinno się karać.

>>> Czytaj też: Trzynaste emerytury finansowane z Funduszu Solidarnościowego. Sejm uchwalił ustawę 

Karać?

Owszem. Cięcia wydatków prorozwojowych szkodzą i gospodarce, i ludziom. Z tej perspektywy, wracając do projektu polskiego budżetu na 2020 r., problem wygląda tak, że w rzeczywistości nie wiemy, które wydatki w polskim budżecie należą do jakiej kategorii. Mamy pomieszanie z poplątaniem. Sztywne wydatki na poziomie 60 proc. to zaledwie szacunki. Nie wiemy więc, czy budżet bez deficytu będzie działaniem pro- czy antyrozwojowym.

Pytam o budżet, by dowiedzieć się, czy ekonomiści w ogóle mają politykom w tej kwestii do powiedzenia coś, czego ci drudzy chcieliby słuchać? Choć planowanie wydatków jest jednym z najistotniejszych działań rządu, wydaje się, że proces ten jest podporządkowany czynnikom politycznym, a nie merytorycznym.

I to jest wielka bolączka kolejnych ekip rządzących w Polsce, że ekonomistów o zdanie pyta się nieczęsto. Efektywność nie ma elektoratu. Dominują interesy partyjno-wyborcze. Politycy nie zawsze przy tym wiedzą, o co mogliby zapytać. Wielu z nich brakuje elementarnej wiedzy na temat finansów państwa. Myślenie o budżecie trzeba uporządkować, wprowadzić do niego fundamentalne obserwacje, jak np. tę, że wydatek wydatkowi nierówny. Jeśli zwiększy pan swoje wydatki, chodząc do restauracji i pijąc tam drogie wina, będzie to miało inny skutek dla pańskiego dobrobytu, niż gdy wyda pan te pieniądze na zakup laptopa służącego zarobkowaniu. Podobnie jest z wydatkami państwa. Dlatego deficyt nie zawsze jest złem. Ważne, czym jest spowodowany.

Cały wywiad z Elżbietą Mączyńską przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP