W ramach zbierania materiału do książki odbyłeś ponad 20 spotkań z miliarderami z różnych stron świata. Czy trudno jest umówić się na spotkanie z miliarderem?

Bardzo trudno.

Co trzeba zrobić, aby do takiego spotkania doszło? Zapłacić za nie?

Nie mogłem zapłacić za czas miliardera, byłoby to niemożliwe. Taki Bill Gates – jego majątek wzrasta średnio o ok. 50 mln dol. na dzień, czyli o ok. 2 mln dol. na godzinę. Dwugodzinny wywiad z nim kosztowałby zatem 4 mln dol. Przy rozmowach z ponad 20 miliarderami kwota ta urosłaby niebotycznie, a ja nie spodziewam się aż takich wpływów z mojej książki.

Rafael Badziag

Rafael Badziag

źródło: Materiały Prasowe

Jak w takim razie można umówić się z miliarderem?

Trzeba zaoferować jakąś inną wartość, którą wcześniej trzeba też znaleźć. Oprócz wartości potrzeba także wiarygodności lub wizji projektu. Miliarderzy to ludzie, który chcą robić rzeczy wielkie, dlatego jeśli ma się odpowiednio dużą wizję, wiarygodność i siłę przebicia, to pojawiają się pewne szanse na spotkanie.

Uwiodłeś ich zatem swoją wizją?

Można tak powiedzieć. To jest dokładnie tak, jak miliarderzy zdobywają towarzyszy drogi, wspólników czy pracowników, przy okazji swoich wizji. Muszą one przykuwać uwagę i inspirować innych.

Ale nawet jeśli ma się wielką wizję, która może zainspirować miliardera, to najpierw trzeba do niego jakoś dotrzeć.

Tak, to jest sztuka sama w sobie. Miliarderzy to ludzie, którzy prowadzą armie pracowników na różnych szczeblach odpowiedzialności. Bardzo łatwo jest odpaść na którymś szczeblu i nie dotrzeć do miliardera, bo np. szef marketingu ma zły dzień, zupełnie inną wizję albo za mało czasu.

Jak często bywałeś odrzucany, próbując dotrzeć do miliarderów?

Dostałem setki odmów, zdecydowanie więcej niż jest miliarderów w tej książce.

Umysł Miliardera, Rafael Badziag

Umysł Miliardera, Rafael Badziag

źródło: Materiały Prasowe

A ci, którzy są obecni w książce, zgadzali się od razu?

Aby przekonać niektórych bohaterów książki, potrzebowałem niekiedy paru miesięcy, a nawet lat. Oczywiście wraz z biegiem projektu pozyskiwanie miliarderów było coraz łatwiejsze. Na początku ważna była wizja i wiarygodność, a później, jak już miałem na pokładzie określoną grupę osób, to pozostali widząc to, łatwiej dawali się przekonać. Dziś, po publikacji książki, miliarderzy sami się do mnie zgłaszają.

Twoja książka dotyczy rozwoju osobistego. Skąd pomysł, żeby rozmawiać akurat z miliarderami, a nie np. guru duchowymi czy psychologami?

Sam jestem przedsiębiorcą. W latach 90. byłem pionierem e-commerce w Niemczech – zbudowałem pierwszy sklep online ze sprzętem sportowym na rynek niemieckojęzyczny. Zarabiałem pieniądze w internecie jeszcze przed Google. Było to na tyle wcześnie, że sam musiałem stworzyć odpowiednie oprogramowanie, bo go po prostu nie było. Moja firma stale rosła, ale w pewnym momencie natrafiłem na szklany sufit – bez względu na to, czego bym nie zrobił, to nie mogłem osiągać dalszych wzrostów. Była to ciągła walka, ciągłe gaszenie pożaru, miałem wrażenie, że stałem się jakimś wąskim gardłem tej firmy.

Byłem przekonany, że jak ma się bardzo nowatorski model biznesowy, a mój wówczas taki był, to osiągnie się sukces w biznesie. Jednak po 10-15 latach działalności zauważyłem, że istnieje konkurencja. Co prawda później zaczęła, ale szybciej się rozwinęła i przegoniła mnie.
Pod względem modelu biznesowego niczym się nie różniliśmy, ale moja konkurencja była znacznie lepsza we wdrażaniu i realizacji tego modelu. Wynikało to z tego, że to ktoś inny tę firmę prowadził.

Chodzi więc o osobowość?

Tak, to dany przedsiębiorca swoją firmę buduje, kompletuje zespół, zatrudnia ludzi, motywuje ich, rozwija procesy, ma wpływ na komunikację i kulturę firmy, itp. To mnóstwo rzeczy, których wówczas sobie nie uświadamiałem, ale zacząłem się im uważniej przyglądać. Aby lepiej zrozumieć ten fenomen, czytałem książki o biznesmenach milionerach, którzy odnieśli sukces, bo książek o miliarderach, poza biografiami, jeszcze nie było. Nie było też książki, która z pierwszej ręki analizowałaby miliarderów.

Jaki był klucz doboru miliarderów, którzy są obecni w książce?

Przede wszystkim są to miliarderzy, czyli osoby, których wartość majątku liczy się w miliardach dolarów netto. Uznałem to za obiektywną miarę sukcesu w biznesie, a chciałem pozyskać wiedzę od osób, które zaszły na tym polu najdalej.

A kryteria pozafinansowe?

Są to miliarderzy self-made, czyli tacy, którzy sami od zera w ciągu życia doszli do swojego bogactwa i często byli nagradzani jako najlepsi przedsiębiorcy świata. To jest moim zdaniem prawdziwa przedsiębiorczość.

Kolejnym kryterium była tzw. biała kamizelka. Szukałem osób, które są nieskazitelne w sensie reputacji. Chciałem przedstawić ludzi, którzy rzeczywiście mogą świecić przykładem i udowadniają, że można dojść do takiego poziomu, zachowując wysoki poziom etyczny.

Szukałem też miliarderów, którzy prowadzą działalność filantropijną, ale kryterium to okazało się nie do końca pomocne, bo zdecydowana większość miliarderów taką działalność prowadzi.

Skupiłeś się na miliarderach typu self-made, tymczasem często można się spotkać z przekonaniem, że z wielkim majątkiem trzeba się urodzić.

To mit. Oczywiście są również tacy, którzy odziedziczyli swoje majątki, ale to mniejszość. Osób, które od zera zbudowały swoje fortuny, jest aż 75 proc. wśród wszystkich miliarderów. Co więcej, większość z nich urodziła się w biednych rodzinach, a nawet w krajach, które są bardzo biedne.

Większość ludzi wrzuca milionerów i miliarderów do tego samego worka ludzi bardzo bogatych. W książce bardzo wyraźnie rozróżniasz te dwie kategorie. Jakie są różnice pomiędzy milionerem, a miliarderem, poza wartością posiadanego majątku?

Różnice majątkowe wydają się oczywiste, ale niewiele osób zdaje sobie sprawę z ich skali. Zwykły milioner może mieć jeden hotel i będzie już multimilionerem. Miliarder z mojej książki ma 200 hoteli. Milioner może mieć jedną fabrykę, a miliarder – 400 fabryk. Jeden supermarket może zrobić z człowieka milionera, ale Siergiej Galickij z książki ma 20 tys. supermarketów. To całkowicie inna skala działalności.

A różnice na poziomie mentalności?

Ciekawym zagadnieniem jest stosunek do pieniędzy oraz motywacja do robienia biznesu. Milionerzy robią biznes po to, aby jak najwięcej zarabiać, zwiększyć swój poziom życia, zapewnić luksus rodzinie, kupić dom czy samochód. Taka motywacja jest dobra do pewnego momentu. Przy milionach dolarów można sobie pozwolić na kupno najlepszego auta, domu czy wynajęcie najlepszego hotelu. Oczywiście można dalej zwiększać wartość netto firmy, aby kupić sobie kolejne domy, jeszcze większy samochód czy dłuższy jacht. Natomiast ilość pracy, jaką trzeba w to włożyć, przestaje być adekwatna do osiąganych efektów. W takim momencie traci się motywację do dalszego rozwoju firmy. W myśl zasady, po co mam się jeszcze bardziej wysilać, skoro i tak żyję bardzo dostatnio.

Miliarderzy mają całkiem inną motywację. Oczywiście część z nich przechodziła również przez ten pierwszy etap, ale aby dojść dalej, pieniądze nie mogą być głównym motywatorem, stają się raczej skutkiem ubocznym działania i dążenia co celu.

Jeśli pieniądze nie są głównym motywatorem, to zakładam, że miliarderzy z Twojej książki nie korzystają z rajów podatkowych.

Nie wiem dokładnie, gdzie trzymają swoje majątki. Trzeba jednak pamiętać o tym, że większość miliarderów nie posiada wielkich zasobów w gotówce czy w funduszach, ale w swoich firmach. Trzymanie miliardów w gotówce wiązałoby się ze zbyt dużym kosztem alternatywnym. Te pieniądze są poinwestowane.

Wciąż można je zainwestować na przykład w nieruchomości w rajach podatkowych.

Oczywiście można, ale to nadal bardziej pasuje mi do sposobu myślenia milionerów, a nie miliarderów. Ci drudzy na ogół rozwijają wielkie organizacje filantropijne. Jeden z bohaterów książki – Cho Tak Wong – został wybrany największym filantropem Azji. Jeśli miliarderzy wydają miliardy dolarów na działalność filantropijną, to czy mają motywację, aby te pieniądze chować dla siebie w rajach podatkowych?

Co ciekawe, self-made miliarderzy wydają na siebie przeważnie niewielką cząstkę posiadanego majątku. Wynika to z zupełne innego podejścia do pieniędzy – otóż postrzegają pieniądze jako energię, dzięki której mogą zrealizować swoje wizje.

Wiadomo, że o wiele łatwiej jest zdobyć nową wiedzę, niż wcielić ją w życie. Co sprawia, że miliarderom z Twojej książki udało się przekroczyć granicę działania?

Rzeczywiście, dystans pomiędzy wiedzą a ignorancją jest o wiele mniejszy niż pomiędzy wiedzą a działaniem. Myślę, że duże znaczenie w podejmowaniu działania mają dwie cechy – zasobowość oraz stosunek do ryzyka.

Zasobowość?

Tak. W książce wyróżniam trzy kategorie ludzi: dryferów, milionerów i miliarderów. Dryferzy uważają, że muszą mieć idealne warunki, aby podjąć działanie. Zazwyczaj idealne warunki nigdy nie nadchodzą, więc w efekcie ludzie ci dryfują przez życie, nie podejmując żadnych większych działań. Milionerzy czekają na korzystne warunki, i te czasem nadchodzą, więc milionerzy działają w ograniczonym zakresie i z niepewnością. Z kolei miliarderzy potrafią działać mimo wszelkich warunków. Potrafią wykorzystać te zasoby, które posiadają, nie czekając na idealne, czy nawet korzystne warunki. Umiejętność tę nazywam właśnie zasobowością – to ona pozwala nam przekroczyć granicę działania.

Drugą cechą decydującą o podjęciu działania jest stosunek do ryzyka. Większość ludzi, aby zacząć działać, musi być pewna sukcesu i wiedzieć, że coś się uda. Być może wynika to z naszego systemu szkolnictwa, gdzie karze się za błędy. Tymczasem życie nagradza za próby, a te mogą wiązać się z wieloma błędami. Pamiętajmy jednak, że z biznesowego punktu widzenia, wystarczy jedna udana próba i możemy wskoczyć na znacznie wyższy poziom. Zatem miliarderzy podejmują ryzyko z pełną świadomością, że może się ono zakończyć niepowodzeniem.

Czy miliarderzy są szczęśliwi?

To jedno z najczęściej zadawanych mi pytań przy okazji tej książki. Nie znam żadnego miliardera, który miałby depresję, ale może ci, co mają, nie chcieli brać udziału w moim projekcie.

A jak wygląda ich życie rodzinne?

Żeby zostać miliarderem, potrzeba bardzo dużo wyrzeczeń, często odbywa się to m.in. kosztem życia prywatnego. Dlatego jednym z kluczowych czynników, które zdecydowały o sukcesie tych ludzi, jest bycie w związku z tolerancyjnym partnerem. Stres w życiu prywatnym lub nadmierna koncentracja na życiu prywatnym nie pozwala skupić się na biznesie. Sukcesu na tę skalę nie osiągnie się w przerwie na kawę.

Miliarderzy muszą się też zmagać z poczuciem odpowiedzialności za setki tysięcy pracowników. Nie mogą zamknąć biznesu twierdząc, że już im się nie chce. Co więcej, dochodzi do tego ciągła praca – przez pierwsze 15-20 lat prowadzenia firmy pracują przez 7 dni w tygodniu. Czasem nawet zazdroszczą regularnym pracownikom, że mogą skończyć pracę o określonej porze lub pojechać na urlop.

Wydaje się, że taki tryb życia w dłuższej perspektywie raczej nie jest najzdrowszy.

Miliarderzy są o wiele zdrowsi od innych ludzi. Oczywiście pewnie po części dlatego, że mają za co się leczyć. Ale nie zapominajmy też, że stres, którego doświadczają, jest pozytywny, bo kochają, to co robią. Teoretycznie przy takich pieniądzach nie muszą chodzić do pracy, mają swoich pracowników, swoich menedżerów, a mimo to chcą i pracują po osiemdziesiąt godzin w tygodniu, niektórzy pomimo wieku emerytalnego.

Nie twierdzę, że taki tryb życia jest pozbawiony wad, ale przeważają zalety. Co więcej, rzeczy, które są potrzebne do budowy firm wartych miliardy dolarów, sprawiają miliarderom przyjemność i są ważnym elementem ich życia. Krótko mówiąc, są szczęśliwi, mają poczucie wolności i niezależności, a także wiedzą, że coś tworzą.

Czy są jakieś różnice pomiędzy miliarderami z Azji i miliarderami z Europy?

Tak, jest to podejście do indywidualizmu. Gdy miliarderzy ze Wschodu, czyli np. z Chin czy z Indii, mówią „my”, to mają na myśli społeczeństwo czy naród. Dla miliarderów z Zachodu „my” oznacza naszą firmę lub nasz zarząd. Osoby ze Wschodu widzą więcej powiązań pomiędzy firmą a społeczeństwem. Na Zachodzie tego podejścia jest mniej.

Dlaczego w Twojej książce nie pojawia się ani jedna kobieta?

Odsetek kobiet wśród miliarderów jest bardzo niski. Jak zaczynałem, to na 2000 miliarderów było tylko 20 miliarderek, które samodzielnie doszły do swoich majątków. Zgłosiłem się do wszystkich, ale żadna z nich nie chciała wziąć udziału w moim projekcie.

Wśród mężczyzn 80 proc. miliarderów to miliarderzy typu self-made. Wśród kobiet odsetek ten wynosi 20 proc. Pozostałe 80 proc. kobiet swój miliardowy majątek uzyskały w wyniku dziedziczenia. Wychodzi na to, że kobiecie najłatwiej zostać miliarderką albo wtedy, kiedy ma męża miliardera albo kiedy jest córką miliardera.

Z czego to wynika?

Zapewne wchodzą w grę uwarunkowania historyczne. Wiadomo bowiem, że biznes przez wieki był zdominowany przez mężczyzn. Kiedy kobieta wchodzi w taki świat, to nie dość, że musi niekiedy mierzyć się z przejawami szowinizmu, to jest w mniejszości, co też utrudnia jej nawiązywanie relacji biznesowych. Pewnie przekłada się to na poziom psychologiczny.

Bardzo chcę napisać książkę o umyśle self-made miliarderek, bo z mojego punktu widzenia dojście do takiego majątku jest to o wiele większym wyczynem w przypadku kobiet niż w przypadku mężczyzn.

>>> Czytaj również: Problemy polskich menedżerów. Nawet „najwyżsi rangą” mają kogoś, kto patrzy na nich z góry [WYWIAD]