W niedzielę na ulice miasta znów wyszły setki tysięcy osób, co powszechnie uznano za kolejny sygnał, że ruch protestu wciąż cieszy się dużym poparciem Hongkończyków. Niezadowolenie społeczne wynika między innymi z obaw o ograniczanie autonomii Hongkongu przez rząd centralny ChRL w Pekinie.

Fala demonstracji zaczęła się od sprzeciwu wobec zgłoszonego przez administrację Hongkongu i popieranego przez Pekin projektu zmian prawa ekstradycyjnego, który przewidywał m.in. możliwość przekazywania podejrzanych do Chin kontynentalnych.

Pod presją największych protestów politycznych od przyłączenia Hongkongu do ChRL administracja regionu wycofała kontrowersyjny projekt zmian prawa. Nie przychyliła się jednak do żadnego z pozostałych postulatów protestujących. Żądają oni m.in. demokratycznych wyborów władz Hongkongu i niezależnego śledztwa w sprawie działań policji, której zarzucają używanie nadmiernej siły.

Reklama

Szefowa administracji Hongkongu Carrie Lam określiła protestujących jako „wrogów publicznych” i zapowiedziała, że przy użyciu przemocy „nigdy nie zwyciężą”. Rząd centralny w Pekinie zarzuca natomiast „obcym siłom”, w tym USA i Wielkiej Brytanii, że podsycają niepokoje w Hongkongu.

Od manifestacji z 9 czerwca demonstracje odbywają się niemal codziennie i przybierają różnorodne formy: od wielkich pokojowych marszów, takich jak ten z ostatniej niedzieli, przez protesty pracowników biurowych, którzy wychodzą na ulice, korzystając z przerwy obiadowej, po blokady dróg, akty wandalizmu i brutalne starcia z policją.

W toku protestów policjanci zatrzymali już ponad 6 tys. demonstrantów, z czego 40 proc. to uczniowie i studenci, a najmłodsza z tych osób ma 11 lat - przekazała w poniedziałek publiczna stacja RTHK, cytując dane policyjne. Części zatrzymanych postawiono zarzuty udziału w zamieszkach, za co grozi do 10 lat więzienia.

Przez ostatnie pół roku hongkońscy policjanci wystrzelili 16 tys. granatów z gazem łzawiącym, 10 tys. gumowych kul i tysiące sztuk innych rodzajów amunicji nieśmiercionośnej. Kilkakrotnie funkcjonariusze strzelali również ostrą amunicją i ranili nią trzech demonstrantów.

Radykalne grupy protestujących demolowały natomiast stacje metra, sklepy i oddziały banków, podpalały ustawione przez siebie barykady oraz miotały w stronę policji koktajle Mołotowa i fragmenty kostek chodnikowych, niekiedy przy użyciu zbudowanych przez siebie proc i katapult. Pojawiały się również doniesienia o brutalnych pobiciach osób opowiadających się po stronie rządu.

Około 2,6 tys. osób zgłosiło się do szpitali z obrażeniami odniesionymi w czasie demonstracji. W połowie listopada zmarł 70-latek uderzony w głowę cegłą w czasie starć ulicznych. Lekarzom nie udało się również uratować studenta, który spadł z wysokości w pobliżu miejsca konfrontacji z policją, gdy – jak się przypuszcza – uciekał przed gazem łzawiącym.

Od czerwca swoje własne manifestacje sprzeciwu wobec władz urządzali uczniowie szkół średnich i studenci, lekarze i pielęgniarki, prawnicy i pracownicy administracji biurowej, a ostatnio również pracownicy branży reklamowej. W strajku generalnym 5 sierpnia uczestniczyło według lokalnych mediów nawet 500 tys. osób.

Protesty uderzyły w hongkońską gospodarkę, która w drugim i trzecim kwartale notowała ujemny wzrost i po raz pierwszy od światowego kryzysu finansowego z lat 2008-2009 znalazła się w technicznej recesji. Sekretarz ds. finansowych w hongkońskiej administracji Paul Chan ocenił niedawno, że Hongkong odnotuje w tym roku pierwszy od 15 lat deficyt budżetowy.