Stany Zjednoczone zabiły szefa brygad al-Kuds generała Ghasema Solejmaniego. W Polsce dyskusja na ten temat przebiega pomiędzy tymi, którzy uważają, że USA miały rację – bo jako imperium dobra zawsze mają rację, a tymi, który uważają, że Ameryka nie miała prawa zabijać generała i w efekcie jest imperium zła. Taki sposób patrzenia na sprawę ujawnia brak dojrzałości politycznej. USA zazwyczaj są siłą dobra, ale nie zawsze i nie wszędzie. Przede wszystkim zaś nie ma to znaczenia. Być może Arabowie i Latynosi mają podstawy do antyamerykanizmu. My mamy za sąsiada Rosję. I jesteśmy za słabi, by się przed nią obronić.

Stany Zjednoczone, zabijając Solejmaniego, zdołały w ciągu kilku minut strzelić sobie nie w jedną stopę, ale w obie, i to po kilka razy. Po pierwsze Waszyngton uśmiercił nie tylko generała, lecz także – politycznie – teherańskich zwolenników dialogu z Zachodem. Po drugie – wzmocnił reżim, który zyskał męczennika. Po trzecie – osłabił swoją pozycję w Iraku, którego parlament już teraz domaga się wycofania sił amerykańskich z Iraku. Po czwarte – jako że nawet w okresie zimnej wojny USA i ZSRR nie mordowały sobie nawzajem wysokich funkcjonariuszy – potwierdził przekonanie wielu, że prezydent USA jest niekoniecznie rozsądny.

Przede wszystkim jednak Waszyngton przekonał wielu, że dąży do wojny. Podejrzenia, iż tak jest w istocie, zaczęły się, gdy prezydent Trump wycofał się z porozumienia nuklearnego z Iranem, mimo że ten honorował swoje zobowiązania (jako argument prezydent podał słabość mechanizmów weryfikacyjnych, co było o tyle zabawne, że w tym samym czasie jako sukces ogłosił porozumienie z Koreą Północną, w którym to w ogóle żadnych mechanizmów weryfikacji nie było).

Reklama

Wszystko to blednie jednak na tle zabójstwa Solejmaniego. Na Bliskim Wschodzie można wszystko, ale nie można okazać słabości. Waszyngton więc albo Bliskiego Wschodu nie rozumie, albo wiedział, że Iran musi odpowiedzieć. Czy wręcz liczy na to, chcąc mieć pretekst do wojny. Odpowiedź Iranu – na logikę – musi iść dalej niż dotychczasowe jego działania. A i te były przecież daleko idące, by przypomnieć choćby atak na saudyjską rafinerię.

Wszystko powyższe nie oznacza oczywiście, że zamordowany był postacią pomnikową. Generał Solejmani służył reżimowi znanemu z łamania praw człowieka, a i sam osobiście wspierał cały szereg organizacji terrorystycznych. Z drugiej strony trzeba też pamiętać, że Państwo Islamskie zostało pokonane w głównej mierze dzięki kierowanym przez zabitego generała ugrupowaniom szyickim, a dopiero na dalszym etapie – dzięki współpracy sił amerykańskich z (skądinąd zdradzonymi przez USA) Kurdami. Pamiętając o ofiarach Solejmaniego, trzeba zarazem pamiętać też, że to nadal ułamek Irakijczyków, którzy stracili życie w wyniku amerykańskiej interwencji w Iraku i zupełnie nieodpowiedzialnego demontażu państwa, a następnie tolerowania korupcji i bałaganu oraz sekciarskich podziałów, czego końcowym skutkiem było powstanie Państwa Islamskiego.

Solejmani przez większość życia był pragmatykiem. Śmierć ściągnął na siebie, o pragmatyzmie zapominając, a konkretnie zapominając o traumach sprzed 40 lat, a nie o tych, których sam był sprawcą. O ile bowiem dla Iranu traumą nie do przejścia i upokorzeniem, którego nie można wybaczyć, pozostaje obalenie przez CIA w 1953 r. demokratycznie wybranego premiera Mohammada Mosaddegha, to dla USA traumą, być może największą po Wietnamie, było zajęcie ambasady USA w Teheranie w 1979 r. Zlecenie ataku na placówkę amerykańską w Bagdadzie było aktem braku pragmatyzmu ze strony generała. A ten w polityce zagranicznej zawsze kończy się źle.

Wiele lat temu polski dyplomata, zaangażowany w proamerykańskie działania na Bliskim Wschodzie, w prywatnej rozmowie powiedział mi, że Stany Zjednoczone w tym regionie zachowują się tak, jak Rosja w Europie Środkowo- -Wschodniej i są aroganckim imperium. Zaskoczony zapytałem, dlaczego więc robił to, co opłacało się Stanom Zjednoczonym. W odpowiedzi usłyszałem: „prywatne poglądy nigdy nie przeszkadzały mi w robieniu tego, co się nam (Polsce – przypis red.) opłacało”. Z perspektywy czasu stwierdzam, że na tym właśnie polega mądrość i dojrzałość w polityce zagranicznej. Nie szuka się w niej ideałów, a korzyści. Pragmatyzm – a czasem nawet cynizm – w polityce zagranicznej jest cnotą, a nie wadą. Kierowanie się z kolei prywatnymi poglądami jest grzechem i wyrazem pychy.

Z punktu widzenia Polski wszystkie rozważania nt. relacji amerykańsko-irańskich nie mają więc tak naprawdę żadnego znaczenia. Nawet jeśli, ważąc argumenty, ktoś doszedłby do wniosku, że Stany Zjednoczone dopuściły się aktu terroru, to jest to tyle, co „prywatny pogląd”. Ten zaś nie ma prawa przeszkadzać nam w robieniu tego, co się nam opłaca. Być może gdyby czytający powyższy tekst był Arabem lub Latynosem, antyamerykanizm byłby uzasadniony. Z punktu widzenia Polaka, tak długo jak naszym sąsiadem jest agresywna, neoimperialna i rewanżystowska Rosja, Stany Zjednoczone pozostawać będą głównym gwarantem bezpieczeństwa Polski. Antyamerykanizm jest zaś w przypadku Polski głupotą.

Kilka wniosków warto jednak wyciągnąć. Pragmatyzm w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi podpowiada, że nie należy wikłać się w próby udowadniania, że Stany Zjednoczone zawsze czynią dobro. Nawet tam, gdzie błądzą. Idealizacja USA uniemożliwia nam bowiem pragmatyczne – tj. korzystne dla Polski – ułożenie relacji ze Stanami Zjednoczonymi.

USA są sojusznikiem Polski, ale nie jest tak, że wszędzie nasze interesy są zbieżne. Wiele wskazuje na to, że to Stany Zjednoczone przyczyniły się do zmiany formuły, w wyniku której Międzymorze zamieniło się w Trójmorze. To jest format nieobejmujący Ukrainy, a tym samym mający znaczenie zasadniczo mniejsze od założonego. Wiele też wskazuje na to, że niekorzystny reset z Rosją z lat 2008–2009 i związane z nim równie niekorzystne zmiany w naszej polityce w stosunku do Białorusi i Ukrainy, były następstwem presji ze strony Waszyngtonu.

Nic też nie wskazuje, by Stany Zjednoczone, jak twierdzą niektórzy zakochani w USA, chciały potężnej Polski, która dominowałaby w regionie. Przeciwnie. Skala pomocy wojskowej udzielanej przez Stany Zjednoczone Polsce na przestrzeni ostatnich 30 lat jest kompromitująco niska. Ewidentna była też gra wizami, mająca na celu stępianie jakichkolwiek prób rozmowy Warszawy z Waszyngtonem z pozycji innej niż prosząca.

Współcześnie presja amerykańska spowodowała decyzję o kupnie myśliwców F-35, podczas gdy Siły Zbrojne RP potrzebują przede wszystkim wzmocnienia możliwości obronnych. Kupno F-35 ma jednak ten jeden walor, że odbiera nam suwerenność strategiczną i jeszcze głębiej uzależnia od Stanów Zjednoczonych. Polska powinna broń kupować przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych, a nie w Europie, ale niekoniecznie musi być to sprzęt, który chcą nam sprzedać Amerykanie, a raczej ten, którego my w pierwszej kolejności potrzebujemy. W relacjach z każdym – z sojusznikiem zaś przede wszystkim – warto pamiętać o pragmatyzmie. I o tym, że ma się nam opłacać.

>>> Czytaj też: Iran przestrzega Polskę przed "schodzeniem na dno czeluści po linie zrzuconej przez Amerykanów"