Prof. Mearsheimer: Polacy, wspierając prozachodnie dążenia Kijowa, narobili sobie kłopotów [WYWIAD]

Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
25 stycznia 2020, 07:01
Czołgi T90 podczas parady w Moskwie. Fot. Loskutnikov / Shutterstock.com
Czołgi T90 podczas parady w Moskwie. Fot. Loskutnikov / Shutterstock.com /ShutterStock
Polacy, wspierając prozachodnie dążenia Kijowa, narobili sobie nowych kłopotów. Bo Rosja jest dziś dużo bardziej zaangażowana w Europie Wschodniej, również militarnie, niż w lutym 2014 r. - mówi prof. John J. Mearsheimer z Uniwersytetu w Chicago.
4426542-u74948-john-mearsheimer-fot-20mat-20prasowe-p.jpg
John J. Mearsheimer profesor nauk politycznych na Uniwersytecie w Chicago, teoretyk stosunków międzynarodowych. Oprócz „Tragizmu polityki mocarstw” napisał m.in. „The Israel Lobby and U.S. Foreign Policy” (ze Stephenem M. Waltem), „Why Leaders Lie: The Truth about Lying in International Politics” oraz „The Great Delusion: Liberal Dreams and International Realities” - fot. Materiały prasowe

Od 1989 r. do 2016 r. Stany Zjednoczone były najpotężniejszym państwem na świecie, niemającym żadnych konkurentów. Zaprowadziliśmy nowy, liberalny porządek międzynarodowy, stając się zarazem jego głównym beneficjentem. Na okres ten przypada jednak szybki rozwój Chin, które powoli także stały się mocarstwem. Aż w końcu zaczęły w sposób fundamentalny zagrażać Ameryce i jej interesom bezpieczeństwa. Co więcej, Rosja – w latach 90. państwo pokonane, w stanie bliskim rozkładu – powstała z martwych. Wraz z dojściem do władzy Władimira Putina w 1999 r. nastąpiło odrodzenie rosyjskiej potęgi, nawet jeśli Moskwie daleko dziś do pozycji, jaką zajmował ZSRR. Świat jednobiegunowy, który wykrystalizował się po zakończeniu zimnej wojny, przeradza się więc w porządek wielobiegunowy. Ma to zasadnicze konsekwencje dla systemu międzynarodowego: USA, które przez kilka dekad niczym kolos górowały nad światem, muszą dziś mierzyć się z dwoma rywalami.

W Ameryce nazywamy je „wiecznymi wojnami”, bo nie możemy ich ani wygrać, ani się z nich wycofać. Są kolejnym powodem, dla którego globalny porządek wygląda dziś diametralnie inaczej niż przed 30 laty. W 2008 r. Barack Obama został wybrany na prezydenta m.in. dzięki obietnicy zakończenia wojen na Bliskim Wschodzie. Zamiast tego w 2011 r. wysłał jeszcze więcej żołnierzy do Afganistanu, a dwa lata później zdecydował się na interwencję w Syrii, która miała doprowadzić do obalenia reżimu Asada. Tym samym przyczynił się do gigantycznej katastrofy w tamtym rejonie świata. Potem administracja Obamy zaangażowała się w konflikt w Libii, odgrywając kluczową rolę w upadku i zabiciu Muammara Kaddafiego. I znowu efektem był jeszcze większy zamęt.

>>> Czytaj też: Żywy albo martwy. Irański polityk oferuje 3 mln dol. za głowę Trumpa 

I to częściowo tłumaczy, dlaczego Amerykanie na niego zagłosowali. Wydarzyło się jednak coś przeciwnego – dziś na Bliskim Wschodzie walczy więcej naszych żołnierzy niż w momencie, gdy Trump wprowadzał się do Białego Domu w styczniu 2017 r. Mamy prezydenta, który nie darzy respektem instytucji międzynarodowych, nie lubi Europejczyków, który preferuje jednostronne działania z pozycji siły zgodnie z maksymą „America First”.

Co do zasady uważam, że w polityce światowej przywódcy i ich osobowości zbytnio się nie liczą. Na zachowanie państw wpływają przede wszystkim czynniki strukturalne, takie jak anarchia – czyli brak ostatecznego arbitra w relacjach międzynarodowych – i układ sił. Ale w wyjątkowych momentach historii jednostki mają ogromne znaczenie – jak Bismarck, gdy rządził Prusami, czy Hitler, bez którego losy świata w dużej mierze potoczyłyby się inaczej. Myślę, że również Trump jest przywódcą odgrywającym indywidualnie większą rolę niż przeciętny prezydent USA. Posiada ogromną sprawczość i głęboki wpływ na amerykańskie instytucje. Zrobił rzeczy, na które nie odważyłby się żaden inny polityk. A mimo to nawet on nie zdołał zakończyć wiecznych wojen i wycofać sił USA z Syrii. Struktura systemu międzynarodowego i polityki krajowej wiążą mu ręce. Zamiast ograniczyć naszą obecność militarną na Bliskim Wschodzie, Trump grozi teraz, że rozpocznie kolejną wojnę – z Iranem.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: MAGAZYN DGP
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj