Pana książka „Tragizm polityki mocarstw” ukazała się w USA w 2001 r., na krótko przed zamachami z 11 września. Był to czas, kiedy na Zachodzie dominowała wiara w to, że liberalna demokracja wkrótce zapanuje na całym świecie, a rosnące współzależności gospodarcze między państwami sprawią, że przestanie się im opłacać prowadzić ze sobą wojny. Dziś dzieje się coś zupełnie przeciwnego. Dlaczego?

Od 1989 r. do 2016 r. Stany Zjednoczone były najpotężniejszym państwem na świecie, niemającym żadnych konkurentów. Zaprowadziliśmy nowy, liberalny porządek międzynarodowy, stając się zarazem jego głównym beneficjentem. Na okres ten przypada jednak szybki rozwój Chin, które powoli także stały się mocarstwem. Aż w końcu zaczęły w sposób fundamentalny zagrażać Ameryce i jej interesom bezpieczeństwa. Co więcej, Rosja – w latach 90. państwo pokonane, w stanie bliskim rozkładu – powstała z martwych. Wraz z dojściem do władzy Władimira Putina w 1999 r. nastąpiło odrodzenie rosyjskiej potęgi, nawet jeśli Moskwie daleko dziś do pozycji, jaką zajmował ZSRR. Świat jednobiegunowy, który wykrystalizował się po zakończeniu zimnej wojny, przeradza się więc w porządek wielobiegunowy. Ma to zasadnicze konsekwencje dla systemu międzynarodowego: USA, które przez kilka dekad niczym kolos górowały nad światem, muszą dziś mierzyć się z dwoma rywalami.

Którzy rośli w siłę w czasie, gdy Stany Zjednoczone coraz bardziej wikłały się w konflikty w Afganistanie i Iraku.

W Ameryce nazywamy je „wiecznymi wojnami”, bo nie możemy ich ani wygrać, ani się z nich wycofać. Są kolejnym powodem, dla którego globalny porządek wygląda dziś diametralnie inaczej niż przed 30 laty. W 2008 r. Barack Obama został wybrany na prezydenta m.in. dzięki obietnicy zakończenia wojen na Bliskim Wschodzie. Zamiast tego w 2011 r. wysłał jeszcze więcej żołnierzy do Afganistanu, a dwa lata później zdecydował się na interwencję w Syrii, która miała doprowadzić do obalenia reżimu Asada. Tym samym przyczynił się do gigantycznej katastrofy w tamtym rejonie świata. Potem administracja Obamy zaangażowała się w konflikt w Libii, odgrywając kluczową rolę w upadku i zabiciu Muammara Kaddafiego. I znowu efektem był jeszcze większy zamęt.

>>> Czytaj też: Żywy albo martwy. Irański polityk oferuje 3 mln dol. za głowę Trumpa 

Donald Trump w czasie kampanii wyborczej obiecywał wyprowadzenie wojsk USA z Bliskiego Wschodu.

I to częściowo tłumaczy, dlaczego Amerykanie na niego zagłosowali. Wydarzyło się jednak coś przeciwnego – dziś na Bliskim Wschodzie walczy więcej naszych żołnierzy niż w momencie, gdy Trump wprowadzał się do Białego Domu w styczniu 2017 r. Mamy prezydenta, który nie darzy respektem instytucji międzynarodowych, nie lubi Europejczyków, który preferuje jednostronne działania z pozycji siły zgodnie z maksymą „America First”.

Kto miałby przeforsować wycofanie wojsk z Iraku i Afganistanu, jeśli nie prezydent, który nagminnie łamie normy uznawane dotąd za świętość w amerykańskiej polityce?

Co do zasady uważam, że w polityce światowej przywódcy i ich osobowości zbytnio się nie liczą. Na zachowanie państw wpływają przede wszystkim czynniki strukturalne, takie jak anarchia – czyli brak ostatecznego arbitra w relacjach międzynarodowych – i układ sił. Ale w wyjątkowych momentach historii jednostki mają ogromne znaczenie – jak Bismarck, gdy rządził Prusami, czy Hitler, bez którego losy świata w dużej mierze potoczyłyby się inaczej. Myślę, że również Trump jest przywódcą odgrywającym indywidualnie większą rolę niż przeciętny prezydent USA. Posiada ogromną sprawczość i głęboki wpływ na amerykańskie instytucje. Zrobił rzeczy, na które nie odważyłby się żaden inny polityk. A mimo to nawet on nie zdołał zakończyć wiecznych wojen i wycofać sił USA z Syrii. Struktura systemu międzynarodowego i polityki krajowej wiążą mu ręce. Zamiast ograniczyć naszą obecność militarną na Bliskim Wschodzie, Trump grozi teraz, że rozpocznie kolejną wojnę – z Iranem.

Cały wywiad z Johnem J. Mearsheimerem przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP