Kiedy w 2015 r. szefem resortu zdrowia został Konstanty Radziwiłł, od razu poinformował, że in vitro nie będzie finansowane w ramach programu ministerialnego. Minister Łukasz Szumowski też mówi, że ma inne priorytety.

Cały czas mam nadzieję, że to przejściowe i zwyciężą racjonalne argumenty – tak jak na Węgrzech. Sytuacja demograficzna naszego kraju jest po prostu zła. Aby odwrócić tę tendencję, oprócz pomocy socjalnej należy zapewnić kobietom bezpieczeństwo rozrodcze, którego jednym z elementów powinno być wsparcie leczenia niepłodności zgodnie ze współczesną wiedzą. Sądzę, że przy dobrej organizacji każdego roku w Polsce może rodzić się do 20 tys. dzieci z ciąż po leczeniu niepłodności metodami rozrodu wspomaganego medycznie.

Rodzicom wstyd jest powiedzieć, że mają dziecko z in vitro?

Do tego doprowadziła polityka. I ta uprawiana przez partie, i ta uprawiana przez Kościół, i ta uprawiana przez dziennikarzy. Oczywiście są osoby, które mówią o skorzystaniu z in vitro odważnie, ale może lepiej dla dobra dziecka utrzymać to w tajemnicy.

Znajomi nie powiedzieli córce, że została poczęta tą metodą. Tłumaczą, że dzięki temu nie narazili dziecka na szykany, drwiny.

Pacjentkom w dużych aglomeracjach łatwiej przychodzi rozmowa na ten temat. Miałem już jednak pacjentki, które się obawiały, że ktoś przyuważy, jak wchodzą do kliniki w Warszawie, więc przyjeżdżały do Białegostoku w tajemnicy. Żeby przypadkiem nikt się nie dowiedział – koleżanki, sąsiedzi, teściowie. Ponad 70 proc. moich pacjentek to kobiety spoza województwa podlaskiego. Przyjeżdżają, bo nikt ich tu nie zna, jest taniej niż np. w Warszawie, a poza tym mamy renomę. Nie chciałbym, żeby in vitro stało się technologią, czymś nieludzkim. Żeby pacjent przychodził na procedurę, a nie na leczenie. Ważne, by w tym wszystkim pamiętać o człowieku. Nie tak dawno byłem na kolacji u znajomych, którym urodziło się dziecko, właśnie dzięki in vitro. Okazało się jednak, że to tajemnica, bo na kolacji była też teściowa... Więc ani słowa. Tu wyszła cała tzw. polska mentalność.

Może teściowa była osobą wierzącą.

„I po co mam cię denerwować”, tak? O to chodzi? Rzecz w tym, że w Polsce nigdy nie doszło do rzetelnej dyskusji bioetycznej. Była tylko dyskusja religijna i polityczna.

Kto miałby w niej wziąć udział?

Filozofowie, bioetycy, biolodzy. Na razie żyjemy w świecie, gdzie sporo osób zostało przekonanych, zindoktrynowanych, że in vitro to najgorsze zło. Przez polityków, księży, działaczy. Słyszeliśmy o zabijaniu, mrożeniu. Sam byłem wyzywany od morderców, kiedy w kolejnych miastach wprowadzano samorządowe programy wspierające in vitro. Częstochowa była pierwsza. Tam było spokojnie. Potem Łódź. Tam już cały balkon chodził, jak przeciwnicy protestowali. Ale już do Gdańska w tej sprawie nie chciałem jechać.

Bał się pan?

Nie chciałem słuchać, że jestem zbrodniarzem. Jeszcze raz powiem: wszystko przez to, że w Polsce nie było dyskusji, czym tak naprawdę jest zapłodnienie pozaustrojowe. Dyskusji, w której byłyby przedstawiane różne punkty widzenia. Niestety, teraz taka debata jest już w zasadzie niemożliwa. Więcej – ludzie boją się zabierać głos, bo nie chcą się narażać, podkładać. Część lekarzy, profesorów medycyny po zmianie rządów stała się przecież przeciwnikami in vitro. Wcześniej wysocy przedstawiciele Kościoła, jak się wypowiadali, to mówili, że nie są zwolennikami in vitro, ale nie wchodzili w dyskusję. Potem stali się wręcz specami od tej metody leczenia. Mam poczucie, że dużej części społeczeństwa wmówiono, że in vitro to sprawka szatana. Do tego jakieś zabobony, przekłamania. A przecież przez te lata, kiedy ta metoda była objęta parasolem państwa, urodziło się ponad 22 tys. dzieci.

Cały wywiad z Sławomirem Wołczyńskim przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP