Widzimy dziś wierzchołek góry lodowej – tak kilka dni temu skomentował oficjalne dane o zachorowaniach na COVID-19 w USA i Europie Jeffrey Shaman, profesor nauk o zdrowiu środowiskowym z Uniwersytetu Columbia. Z badania naukowca i jego zespołu, opublikowanego właśnie w piśmie „Science”, wynika, że w krajach, które dopiero po dwóch miesiącach od wybuchu epidemii w Chinach zaczęły wdrażać obostrzenia w podróżowaniu i nakazały swoim obywatelom zawiesić życie towarzyskie, rzeczywista liczba zakażeń może być nawet 10 razy wyższa, niż wskazują informacje podawane przez służby sanitarne. Na każdy rozpoznany przypadek infekcji może więc przypadać aż 10 nieodnotowanych w państwowych statystykach. Zdecydowana większość zakażonych przechodzi ją bowiem bezobjawowo lub nie wykazuje symptomów bardziej niepokojących niż przy zwykłym przeziębieniu czy łagodnej, sezonowej grypie i nie zawraca sobie głowy chodzeniem do lekarza.

Aby ocenić skalę namnażania się i rozprzestrzeniania wirusa SARS-CoV-2, prof. Shaman i jego zespół skonstruowali specjalny model komputerowy, wykorzystując dane z Chin sprzed daty odcięcia Wuhanu – epicentrum zarazy – od reszty świata: oficjalne wskaźniki zakażeń z 375 miast oraz informacje dotyczące przemieszczania się i kontaktów mieszkańców pozyskane z telefonów komórkowych. Na tej podstawie przeprowadzili symulację, która pokazała, że od początku grudnia do 23 stycznia około sześć na siedem przypadków zakażeń w Państwie Środka pozostawało niewykrytych – właśnie z powodu braku podejrzanych objawów. Co więcej, osoby, które gładko przeszły COVID-19, były źródłem niemal 80 proc. nowych infekcji. Dopiero po zamknięciu Wuhanu i wzmożeniu testów chiński sanepid był w stanie wytropić większość zachorowań.

>>> CAŁY TEKST W WEEKENDOWYM WYDANIU DGP