Ekonomiści tłumaczą w liście, że nie mamy dziś do czynienia ze zwykłym kryzysem. Wszystko dlatego, że środki konieczne do walki z epidemią uderzają w nowoczesne, zdecentralizowane gospodarki rynkowe jednocześnie od strony popytu i podaży. Jeżeli pracownicy (z powodu kwarantanny) nie pojawią się w pracy, dobra nie zostaną wyprodukowane. Jeżeli klienci nie będą mogli nabywać dóbr i usług, to nie zostaną one sprzedane, wskutek czego ucierpi cały łańcuch produkcyjny wiodący od dostawców surowców, poprzez podwykonawców, po producentów i dystrybutorów. Bardzo szybko brak płynności stanie się dotkliwym problemem niemal wszystkich uczestników życia gospodarczego. Firmy stracą zdolność płacenia pracownikom, obsługiwania zaciągniętych pożyczek oraz obciążeń fiskalnych. Bez wpływów podatkowych państwa zaczną się uginać pod presją zobowiązań – starych i nowych. Znane z niedalekiej przeszłości kryzysy zadłużeniowe powrócą. Z tych powodów obecny kryzys – piszą ekonomiści – to nie jest zagrożenie, które da się odpędzić mieszanką standardowych posunięć: obniżek stóp procentowych czy programów robót publicznych.

>>> CAŁY TEKST W WEEKENDOWYM WYDANIU DGP