Nasza ostatnia oficjalna prognoza została opublikowana na kilka dni przed lockdownem w Niemczech. Zakładaliśmy, że gospodarka skurczy się w 2020 roku o 0,8 proc. Z dzisiejszej perspektywy już wiemy, że te założenia były zbyt optymistyczne.
Teraz należy uwzględniać różne scenariusze, ale nie da się ocenić stopnia prawdopodobieństwa ich realizacji. Jeden ze scenariuszy zakłada ostry spadek PKB, a następnie szybkie odbicie, czyli mowa tutaj o recesji w kształcie litery „V”. Inny scenariusz, także realny, zakłada długotrwałą depresję gospodarczą przy dwucyfrowym spadku PKB. Konsekwencje tego drugiego są naprawdę trudne do wyobrażenia, bo nie wiadomo jak ludzie i firmy będą się zachowywać w obliczu takiego kryzysu. Dlatego władze muszą zrobić wszystko, by lockdown trwał jak najkrócej, ale jednocześnie nie mogą pozwolić na nadmierne rozprzestrzenienie się koronawirusa.
Szczerze mówiąc wyobrażam sobie, że mogą być jeszcze gorsze. Pamiętajmy, że ankiety były przeprowadzone na początku marca, gdy nastroje nie były jeszcze takie złe.
W Niemczech reakcja rynku pracy na zmiany w realnej gospodarce jest zazwyczaj łagodniejsza niż w USA. Po pierwsze niemieckie firmy mają wiele narzędzi, które odpowiadają na zmniejszoną aktywność ekonomiczną. Po drugie taki instrument jak praca tymczasowa pozwala stabilizować zatrudnienie.
Poza tym sytuacja demograficzna Niemiec jest nie do pozazdroszczenia, w najbliższych latach z rynku pracy zniknie wielu pracowników. To zmusza firmy do ostrożnego podchodzenia do masowych zwolnień. Oczywiście bezrobocie w Niemczech wzrośnie, ale nie będzie to wzrost skokowy, do takiego poziomu, jaki może być w USA.
>>> Czytaj też: PKB stał się bożkiem. Pandemia brutalnie obnażyła dysfunkcje naszego świata [WYWIAD]
Niemiecki sektor motoryzacyjny miał problemy już przed pandemią. Popyt na auta spadał, a wzrost zainteresowania samochodami elektrycznymi zmusił koncerny do restrukturyzacji produkcji i łańcuchów dostaw. Można sobie więc wyobrazić, jak dużym ciosem jest koronakryzys. Trudno powiedzieć, po jakim czasie lockdownu przemysł wyszedłby z kryzysu w miarę obronną ręką. Mam nadzieję, że ten czas zostanie kreatywnie wykorzystany do wdrażania dalszych innowacji w zakresie produkcji.
Teraz wszystkie sektory cierpią. Ich sytuacja jest ciężka, bo kryzys jest i popytowy, i podażowy. Najgorzej mają oczywiście sektory usługowe, bazujące na bezpośrednim kontakcie z klientami, czyli turystyka, hotele, gastronomia.
"Podczas kryzysu pracownicy mogą przyzwyczaić się do pracy zdalnej, która w przyszłości będzie częściej praktykowana."
Nie ulega jednak wątpliwości, że można ten kryzys wykorzystać twórczo. Dla niektórych firm jest to okazja na zyskanie przewagi konkurencyjnej w długim terminie. Przykłady? Pracownicy mogą przyzwyczaić się do pracy zdalnej, w przyszłości będzie częściej praktykowana. To oznacza szansę dla firm z branży IT czy telekomunikacyjnych. Poza tym ludzie przywykną do płatności elektronicznych, co po kryzysie będzie szansą dla fintechów i niektórych banków. Kryzys wywołany przez koronawirusa jest też oczywiście wielką szansą dla branży farmaceutycznej i ochrony zdrowia.
Najważniejszym celem polityki fiskalnej musi być ochrona gospodarki przed totalnym załamaniem. Firmy nie miały szans przygotować się na tę sytuację, bo niektóre z nich przeżyły coś do tej pory niespotykanego: załamanie się sprzedaży z dnia na dzień.
Niemiecki pakiet ratunkowy składa się z kilku części i według mnie każda z nich jest wartościowa, pełni jakąś ważną rolę. Rząd wspomaga przedsiębiorstwa, szczególnie małe i średnie. Wziął na siebie płacenie rachunków, rat pożyczek korporacyjnych. Część funduszu pomocowego ma pójść na zakup udziałów w najbardziej poszkodowanych przez koronakryzys firmach. Poza tym wdrożono reżim krótkiego dnia pracy, który dobrze się sprawdzał podczas poprzednich recesji. Jeśli dodamy do tego fakt, że doszło do obniżek podatków i złagodzenia prawa upadłościowego, to okazuje się, że gama narzędzi pomocowych jest szeroka.
Bądźmy jednak szczerzy, koronakryzys wywołuje wielki szok podażowy. Fiskalne pakiety stymulacyjne nie rozwiążą problemu. Należy też pamiętać, że są to rozwiązania tymczasowe i muszą być relatywnie szybko zniesione, gdy lockdown się zakończy.
To prawda, że Niemcy potrzebują większych inwestycji w infrastrukturę. Jednak proszę pamiętać, że program, o którym Pan mówi, nie został uruchomiony w kontekście pandemii koronawirusa. Tego rodzaju inwestycje publiczne, jak pokazuje historia, nie są kluczowe, jeśli chodzi o stymulowanie gospodarki.
Obejmowanie udziałów przez rząd w prywatnych przedsiębiorstwach powinno być rozwiązaniem ostatecznym i wyjątkowym. Czy te udziały zostaną sprzedane z zyskiem, to się dopiero okaże. Nie jest to wcale takie pewne. Uważam, że rząd, mimo wszystko, nie będzie zainteresowany pozostawaniem długoterminowym udziałowcem w ratowanych firmach.
Rzeczywiście wyceny spółek giełdowych znacznie spadły. Ale niemal wszędzie na świecie biznes jest w opałach. Nie sądzę, żeby to był dobry czas na wrogie przejęcia. Może przyjdzie później, gdy sytuacja się uspokoi.
Po pierwsze władze muszą się skupić na stabilizowaniu sytuacji w realnej gospodarce. Jeśli to się nie powiedzie, na banki może spaść niesamowity ciężar złych kredytów, w tym korporacyjnych. Co ciekawe, obserwując niemiecki sektor bankowy zazwyczaj zwraca się uwagę głównie na wielkich graczy, jak Deutsche Bank czy Commerzbank. Tymczasem niemiecki sektor bankowy jest bardzo rozdrobniony, a istotną rolę odgrywają w nim małe banki komercyjne czy banki spółdzielcze. To jest dobra sytuacja, bo kryzys finansowy pokazał, że zdywersyfikowany i rozdrobniony sektor bankowy lepiej sobie radzi z finansowaniem gospodarki w trudnych czasach.
Światowa gospodarka doznaje właśnie szoku symetrycznego. Spodziewam się znacznego spadku obrotów w handlu międzynarodowym. Jednak nie sądzę, żebyśmy zobaczyli jakieś poważne przetasowania w strukturze globalnego handlu. Oczywiście produkcja w niektórych sektorach może powrócić do kraju, bo zostanie uznana za strategiczną, myślę tutaj głównie o farmacji. Jednak nie spodziewam się jakiejś daleko idącej regionalizacji w zakresie przepływu towarów czy usług.
Proszę też zwrócić uwagę, że Francja, Austria i Szwajcaria, a więc sąsiedzi Niemiec, zostały dość mocno uderzone przez pandemię. Pytanie czemu miałyby być uważane za mniej ryzykownych partnerów handlowych od tych, którzy są dalej, ale zostali poszkodowani przez pandemię w mniejszym stopniu?
Nie widzę powodu, dla którego miałoby się coś zmienić.
Trudno powiedzieć. Dzisiaj życie gospodarcze i polityczne toczy się w trybie kryzysowym. To jest akceptowane zarówno przez obywateli, jak i ekspertów. Na razie nie widzę ryzyka, że narzędzia uruchomione na czas koronakryzysu pozostaną w użyciu po jego zakończeniu.
"Trzeba będzie uruchomić paneuropejskie narzędzia zarządzania kryzysowego, np. aktywować Europejski Mechanizm Stabilności."
Bardziej kontrowersyjne może być to, co wydarzy się na poziomie Wspólnoty Europejskiej. Pojawiają się niezwykle ważne pytania, na które trudno udzielić jasnej odpowiedzi. Na przykład: co należy robić, by utrzymać dostęp Włoch czy Hiszpanii do rynku długu. Te kraje były potężnie zadłużone już przed koronakryzysem, a teraz ich sytuacja znacznie się pogorszy. Wydaje mi się, że nie będzie wyjścia i trzeba będzie uruchomić paneuropejskie narzędzia z zakresu zarządzania kryzysowego. Myślę tutaj np. o aktywowaniu Europejskiego Mechanizmu Stabilności (European Stability Mechanism, ESM – przyp. aut.).
Nie podzielam Pańskiej opinii, że reakcja na koronawirusa była powolna. Poza tym rząd federalny może reagować na kryzysowe sytuacje na różnych poziomach, także na poziomie lokalnym. Przykład? W regionie Heinsberg, w którym pandemia rozwinęła się szybciej niż w innych częściach kraju, rząd nakazał zamknięcie szkół o wiele wcześniej niż gdzie indziej.
To, że obostrzenia dotyczące zachowania dystansu w sferze społecznej różnią się od siebie w poszczególnych landach czy regionach nie ma znaczenia. Przecież w dużych aglomeracjach mogą być potrzebne inne przepisy niż na terenach wiejskich. Oczywiście odpowiedzialność za działania zapobiegające koronakryzysowi muszą być podejmowane przez władze różnych szczebli, a potem muszą one zostać rozliczone ze swoich decyzji. A w sytuacji ogólnego niedoboru niektórych zasobów medycznych nie ma sensu wchodzić na ścieżkę konkurencji między regionami. Dlatego nie spodziewam się i nie widzę potrzeby zmiany ustroju RFN po pandemii.
>>> Czytaj też: Wyścig na szokujące prognozy. Pandemiczne problemy z przewidywaniem gospodarczej przyszłości
– rozmawiał:
