W marcu ponad 40 proc. detalicznych obligacji skarbowych zostało kupionych przez internet – wynika z najnowszych danych Ministerstwa Finansów. To naturalna konsekwencja zagrożenia koronawirusem, który utrudnia zakup obligacji w sposób tradycyjny, a więc w oddziałach największego polskiego banku. Bardzo prawdopodobne, że już w kwietniu ponad połowa detalicznych papierów będzie kupowana bez konieczności wychodzenia z domu.

Przepływy idące w dziesiątki miliardów

Wbrew obawom w marcu wciąż wiele osób wybierało obligacje skarbowe jako bezpieczną przystań dla oszczędności. Na detaliczne papiery Polacy wydali w trzecim miesiącu br. prawie 2,4 mld złotych. Wynik niemal najlepszy w historii oraz zbliżony do tego sprzed miesiąca czy dwóch.

Trzeba mieć przy tym świadomość, że na rynku finansowym dochodzi teraz do dużych przepływów kapitału. I tak na przykład w pierwszych dniach zawirowań Polacy masowo wyciągali pieniądze z banków. Ogromne przeceny spowodowały też odpływ kapitału z giełdy i funduszy inwestycyjnych. W przypadku tych ostatnich wycofano o 20 miliardów złotych więcej niż do nich wpłacono (szacunki portalu analizy.pl). Te pieniądze muszą gdzieś trafić.

Część kapitału bez wątpienia Polacy będą trzymać w przysłowiowej skarpecie. Tam jednak nic nie uchroni kapitału przed destrukcyjnym działaniem inflacji. Z powodu przyzwyczajenia, zaufania i łatwości większość powierzy oszczędności bankom. Niestety lokaty i rachunki oszczędnościowe także nie są już realną ochroną przed inflacją. Oprocentowanie depozytów spadło poniżej 1 proc. i nieuchronnie zmierza w okolice 0,5 proc.. Wiele osób w ostatnich tygodniach – pomimo rekordowych cen  - kupowało też złoto, którego w efekcie dziś na rynku brakuje, co dodatkowo podnosi koszt zakupu. Bez wątpienia oszczędności przyciąga też rynek mieszkaniowy, który daje szanse na osiąganie przychodów z wynajmu, a do tego także jest uznawany za bezpieczną przystań dla kapitału. Niestety ze względu na opóźnienia w publikacji dokładnych danych na temat rynku nieruchomości, skalę przepływu w tym kierunku poznamy najwcześniej za pół roku.

>>> Czytaj też: Gorzka pigułka w antykryzysowej terapii. Ultrałagodna polityka pieniężna NBP może osłabić złotego

Obligacją w inflację

Atutami obligacji skarbowych niezmiennie pozostaje państwowa gwarancja oraz to, że większość tych papierów pozwala uchronić kapitał przed inflacją poprzez mechanizm indeksacji. W uproszczeniu polega on na tym, że oprocentowanie rośnie wraz z przyspieszającym wzrostem cen w sklepach i punktach usługowych. I to właśnie inflacja jest od miesięcy najważniejszym czynnikiem, który generuje rekordowy popyt na papiery skarbowe.

Efekt tego jest taki, że w pierwszym kwartale Polacy kupowali czteroletnie obligacje indeksowane za ponad miliard złotych miesięcznie. Zaletą tych papierów jest to, że po pierwszym roku oszczędzania z oprocentowaniem na poziomie 2,4 proc., można dzięki nim zarobić 1,25 pkt. proc. ponad inflację. Realnie papiery te chronią więc wtedy wartość nabywczą oszczędności póki inflacja nie przekroczy poziomu 5,33 proc. - wynika z szacunków HRE Investments. Chodzi o to, że w skrajnym przypadku - przy 5,33-proc. inflacji - oprocentowanie czteroletnich papierów wyniosłoby 6,58 proc.. Odliczając podatek (19 proc.) zostaje nam „na rękę” około 5,33 proc., czyli siła nabywcza naszych oszczędności zostaje zachowana. Jeśli więc inflacja jest niższa niż 5,33 proc., to na czteroletnich papierach realnie zarabiamy. Dopiero przy wyższym wzroście cen dóbr i usług realnie po uwzględnieniu podatku i inflacji tracimy na inwestycji w „czterolatki”.

Podobny mechanizm indeksowania inflacją, dzięki któremu obligacje dają zarobić więcej przy szybszym wzroście cen, działa w przypadku obligacji sześcio-, dziesięcio- i dwunastoletnich. W przypadku tych ostatnich – dedykowanych beneficjentom programu 500+ - oprocentowanie w pierwszym roku wynosi 3,2 proc., a w kolejnych 2 pkt. proc. ponad inflację. Od drugiego roku papier ten jest więc w stanie ochronić oszczędności przed inflacją na poziomie 8,5 proc. - wynika z szacunków HRE Investments.

Bartosz Turek, analityk HRE Investments

>>> Czytaj też: Nie będzie tak źle? Trwa walka o nową normalność w gospodarce