Nie ma Polski A i B, nie ma katolickiej i lewackiej, nie ma konserwatywnej i liberalnej [WYWIAD]

Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
13 czerwca 2020, 16:00
agroturystyka
agroturystyka/ShutterStock
Naprawdę trudno znaleźć miejsce, w którym ludzie czują się wspólnotą w sensie ogólnopolskim. Ci, którzy mają coś lokalnego, trzymają się tego kurczowo
fot. Maksymilian Rigamonti

3,5 roku jeździliśmy po Polsce i nie jest ani PiS-owska, ani PO-wska.

Jest rozwalona na tysiąc kawałków. Na maleńkie cząsteczki. Nie ma Polski A i B, nie ma Polski katolickiej i lewackiej, nie ma konserwatywnej i liberalnej.

Jesteśmy kalką Ameryki – rozkład na wiele części, niepozałatwiane sprawy z przeszłości plus mit patriotyzmu.

A do tego polityka jest bardzo krępująca dla Polaków. W publicznej narracji przecież cały czas trzeba się określać, mówić, kim się jest, w co się wierzy i na kogo głosuje. Polska nie jest aż tak polityczna, jak się wydaje w Warszawie. Teraz, po latach jestem pewna, że ludzie w Polsce nie przejmują się tym, co się dzieje w stolicy.

Pamiętam, jak 10 lat temu, po katastrofie smoleńskiej wszyscy tu w Warszawie przeżywaliśmy to, co się stało. Krakowskie Przedmieście pełne ludzi. A moja mama, która mieszka w Zielonej Górze, powiedziała, że tam tak ludzie tego nie przeżywają, to jest tylko w telewizji. Już wtedy mnie tknęło.

Trzeba pamiętać, że nasz kraj jest scentralizowany tylko na poziomie urzędów, że z Warszawy wychodzą decyzje. A tak naprawdę jest bardzo rozdrobniony.

I dlatego moja mama ma prawo powiedzieć: wszystko dzieje się tam, u was. Ona nie czuje związku.

Dobrze to widać na przykładzie powstania warszawskiego. W Warszawie wszyscy myślą, że cała Polska przeżywa rocznicę jego wybuchu. Od dzieciństwa wiedziałam o nim wiele, byłam w podstawówce i gimnazjum im. Żołnierzy Armii Krajowej Grupy Bojowej „Krybar” i cała nasza uczniowska tożsamość była budowana właśnie na micie powstania. Kiedy trafiłam do liceum i historyczka miała do niego trochę bardziej sceptyczny stosunek, to nie mogłam skumać, o co jej chodzi.

Nie ma czegoś takiego jak polska wspólnota. I naprawdę trudno znaleźć takie miejsce, w którym ludzie czują się wspólnotą w sensie ogólnopolskim. Opolszczyzna, Dolny Śląsk, Warmia i Mazury, Podlasie to miejsca, w których ludzie bardziej myślą o tym, co wokół nich, blisko, niż o tym, co w Polsce.

Te, w których nie ma lokalności. Bieszczady na przykład. Tam jest absolutna mieszanka. Natomiast tam, gdzie jest folklor, gdzie jest kultura lokalna, nie istnieje coś takiego, jak patriotyzm polski, ogólnopolski. On jest po prostu niepotrzebny. Jak się ma za co złapać, to się to trzyma, bo to jest nasze i tylko nasze. Narodowość jest pojęciem abstrakcyjnym, tak naprawdę nie istnieje. Dlatego ludzie, którzy mają coś lokalnego, trzymają się tego kurczowo.

Są. Jest Śląsk.

I Kaszuby też nie Polska.

Kaszubi są zalegalizowani, a Ślązacy nie. Do Ślązaków się przymila, kiedy są politycznie przydatni. Co nie znaczy, że z sukcesem.

Przez setki lat Śląsk należał do różnych państw. Jak tu budować patriotyzm? Byłem Czechem, byłem Niemcem, teraz będę Polakiem. A przecież śląskość była zawsze. Każda nowa władza wymagała od Ślązaków wielkiego patriotyzmu.

I nie da się ich oblać biało-czerwoną farbą. Proszę sobie wyobrazić, że nieraz słyszeliśmy, że nie byłoby problemu, gdyby pomiędzy konkretnymi województwami postawiono granicę.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: Magazyn - eDGP
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj