Prywatyzacja spółek Skarbu Państwa przebiega doskonale. Zarówno minister Grad, jak i inwestorzy są bardzo zadowoleni, a rynek pierwotny na GPW bije w tym roku większość dotychczasowych rekordów. Dzięki nowym debiutom zyskuje jednak nie tylko warszawski parkiet, który umacnia swoją pozycję, ale i inwestorzy.

Na wszystkie wspomniane rekordy bardzo duży wpływ miały dwa polskie przedsiębiorstwa będące potentatami w swoich branżach. Pod koniec 2009 roku na GPW weszło PGE z branży energetycznej. Drugim, jeszcze bardziej wyczekiwanym IPO w bieżącym już roku było PZU, reprezentant sektora finansów i ubezpieczeń. Dwa giganty, dwie różne strategie debiutu i finalnie różne nastroje inwestorów, którzy wzięli udział w IPO obu spółek. Warto zatem podsumować i ocenić oba te debiuty, aby móc się odnieść do nowych, zbliżających się ofert na rynku pierwotnym, np. prywatyzacji Tauronu.

PGE = gigantyczny popyt = rekordowa redukcja

Największa polska spółka energetyczna – PGE zadebiutowała na giełdzie 6 listopada 2009 roku. Długo oczekiwany debiut niósł ze sobą bardzo duże oczekiwania inwestorów. Perspektywiczna branża, największa spółka tego typu w Polsce, pozornie dobra koniunktura na giełdzie i przede wszystkim ogromna reklama. To główne czynniki, które napędzały popyt na walory Polskiej Grupy Energetycznej. Cena emisyjna podana była w widełkach (17,50 zł – 23 zł), jednak ostatecznie zdecydowano, że inwestorów obowiązywać będzie górna granica, a więc 23 zł. Polski potentat energetyczny postanowił przeznaczyć dla inwestorów 259 513 500 sztuk akcji, z czego 38,9 mln zł przeznaczono dla inwestorów indywidualnych (ok. 7%). Dzięki tym danym łatwo doliczyć się faktu, że debiut PGE opiewał na 6 mld zł. Nie dość, że był to największy debiut na naszym krajowym rynku, to jeszcze było to największe IPO w Europie w 2009 roku. Po liczbach widać również, że znaczny procent akcji przeznaczony został do klientów instytucjonalnych, wśród których bardzo dużą aktywność wykazały fundusze inwestycyjne, które traktowały PGE jako łakomy kąsek.

Wszystkie te dane inwestorzy znali jednak zapisując się na akcje PGE. W tym momencie skończył się rozsądek, a zadziałała reklama. Ogromna kampania skierowana w stronę klientów indywidualnych przyniosła efekt. Czy dobry? Nie do końca. O debiucie polskiego kolosa energetycznego słychać było wszędzie. Mówili o tym wszyscy. Począwszy od biznesmenów, robotników, sąsiadów, studentów, a nawet można było o tym usłyszeć siedząc na fotelu u fryzjera, czy dentysty. Kiedy w czasie zapisów na akcje, PGE zauważyło wielki popyt wśród klientów indywidualnych, zareagowano jednak i zwiększono pulę akcji.

Kolejną istotną rolę przy debiucie PGE odegrały domy maklerskie i banki, a więc pośrednicy. Domy maklerskie zachęcały zwykłych zjadaczy chleba bardzo niskimi prowizjami i preferencyjnymi warunkami prowadzenia konta. Oferty były naprawdę zachęcające do inwestycji. A banki? Banki postanowiły zarobić na chciwości Polaków i prześcigały się w ofertach kredytowych. Polacy bez namysłu zadłużali się, by zapisać się na jak najwięcej akcji, tym samym zwiększając dźwignię finansową swojej inwestycji.

I wreszcie, gdy inwestorzy odliczali już godziny do debiutu PGE podano komunikat o redukcji, która objęła 96,5% akcji inwestorów indywidualnych. Tak wielka redukcja ewidentnie wskazuje jak ogromny popyt wygenerowali inwestorzy. Finalnie drobni inwestorzy zapisali się na akcje o wartości 25,6 mld zł, jednak dostali jedyne 0,9 mld zł. Każdy chciał mieć akcje PGE i w środowisku spodziewano się redukcji, ale jej rozmiary przerosły najśmielsze prognozy i oczekiwania. W tym momencie pojawił się problem zaciągniętych kredytów. W najczęstszych wypadkach klienci w ogóle nie skorzystali z kredytu, a bank wzbogacił się na prowizji.

Dzień debiutu – dużo emocji. W debiucie udział wzięło 60 tys. inwestorów indywidualnych. Cena otwarcia 6 listopada wyniosła 25,95 zł, co dało inwestorom dokładnie 12,82% zysku. Wynik nie najgorszy, ale biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności okazało się to za mało aby pokryć prowizje nieudzielonych kredytów i sprostać oczekiwaniom inwestorów dotyczących zysku.

Inwestorzy indywidualni poczuli duży niedosyt i jeszcze tego samego dnia dokonali ogromnej wyprzedaży. Ponad miesiąc po debiucie PGE weszło w skład indeksu MSCI, prestiżowego indeksu, który zrzesza w sobie największe światowe spółki oraz w skład MSCI Europe Emerging Markets. Obroty dokonywane na PGE pozostawały jednak wiele do życzenia i potentat energetyczny miał spore problemy z wejściem w skład indeksu polskich blue chipów. Zniecierpliwienie inwestorów trwało ponad 4 miesiące do 19 marca 2010 roku. Tym samym w indeksie WIG20 PGE zajęło miejsce Agory. Na dzień dzisiejszy PGE jest siódmą spółką w WIG20 pod względem udziału posiadając 4,812%.

PZU = ogromny popyt = pokaźne zyski inwestorów

W maju 2010 roku na warszawskim parkiecie miał miejsce kolejny bardzo wyczekiwany debiut, tym razem spółki PZU - jednego z największych przedsiębiorstw funkcjonujących w naszym kraju. Trzeba przy tym zaznaczyć, że zostało już nie wiele tak dużych spółek w Polsce, które nie zaistniały jeszcze na warszawskim parkiecie. Na debiut PZU ponownie czekali wszyscy, gigant z ciekawego sektora, ogromny potencjał, lider na polskim rynku ubezpieczeniowym. Prognozowany popyt na akcje PZU mógł być jeszcze większy niż na akcje PGE. Jednak tym razem sprytem popisał się minister Aleksander Grad i odgórnie nałożył ograniczenia na inwestorów indywidualnych. Jeden inwestor mógł kupić od 3 do 30 akcji. Ten zabieg okazał się skuteczny i inwestorzy indywidualni uniknęli redukcji. Tym razem niezwykły popyt wygenerowali natomiast inwestorzy instytucjonalni, ponieważ nastąpiła 9 krotna nadsubskrypcja. PZU przeznaczyło dla inwestorów łącznie 86 324 317 akcji, natomiast do drobnych inwestorów trafiło ponad 7 mln akcji.

Inwestorzy indywidualni zakupili walory PZU za 312,5 zł, a wartość emisji wyniosła 8,068 mld zł brutto. Długo prognozowano możliwą cenę za akcje w dniu debiutu. Prognozy zysków z każdym dniem okazywały się być większe. Porównywano wartość firmy, aktywa, zyski netto do gigantów ubezpieczeniowych zza oceanu i w Wielkiej Brytanii, a więc kolebki ubezpieczeń. Na podstawie tych porównań niektórzy prognozowali astronomiczne zyski. Jednak ciężko porównywać te rynki z polskim rynkiem ubezpieczeń, ponieważ PZU funkcjonuje w polskich realiach, a nie np. w USA.

12 maja nadszedł dzień debiutu. Cena za papiery wartościowe PZU poszła do góry i walory spółki pozwoliły zarobić inwestorom 11,68%, a cena zamknięcia z dnia debiutu wyniosła już 360 zł. Procentowo IPO PZU było podobne do IPO PGE, lecz wartościowo zgoła odmienne ze względu na redukcję. PZU dało zarobić inwestorom indywidualnym maksymalnie 1300 zł i zaledwie po 3 dniach sesyjnych spółka weszła w skład indeksu WIG20, stając się tym samym czwartą spółką o największym udziale w indeksie – 10,98%. Kilka dni później PZU weszło również w skład indeksu MSCI.

W ofercie polskiego giganta ubezpieczeniowego wzięło udział ok. 250 000 inwestorów indywidualnych, a po miesiącu notowań okazało się, że zdecydowana większość inwestorów nie sprzedała walorów PZU w dniu debiutu. Większość inwestorów podeszło bowiem do tej inwestycji długoterminowo oczekując na zadowalający poziom polityki dywidendowej oraz na zwiększenie się kursu w długim terminie. Debiut PZU ostatecznie zdetronizował IPO PGE i stał się największym debiutem w historii GPW, a co więcej spowodował największe obroty w historii warszawskiego parkietu.

Bieżące wskaźniki i dywidenda

Bieżące problemy fiskalne w Europie spowodowały dużo zamieszania na rynku. Obawiano się również, że może to mieć wpływ na debiut PZU. Problemy Grecji, Węgier i innych krajów PIIGS nie wpłynęły co prawda stricte na debiut, ale odbiły swoje piętno w kolejnych dniach notowań. Mimo wszystko, po miesięcznej karierze na GPW, kurs akcji PZU wynosi 349 zł, co nadal gwarantuje inwestorom zysk na poziomie 11,68%. Dla porównania, po miesięcznych notowaniach kurs PGE spadł do ceny 24,30 zł, co dało inwestorom zysk na poziomie 5,65%. W połowie czerwca PGE okazuje się mieć większą kapitalizacje niż PZU o ponad 6 mld zł, wskaźnik C/Z kształtuje się na poziomie 10,80 (PGE) i 8,80 (PZU), natomiast wskaźnik C/WK wynosi odpowiednio 0,92 i 2,50.

W prospektach emisyjnych, obie spółki kusiły inwestorów poziomem wypłacanej dywidendy. Obiecywano rzetelną politykę dywidendową, która miała zapewnić inwestorom wzrastające wypłaty każdego roku. W 2010 roku PGE postanowiło wypłacić 1,31 mld zł dywidendy (0,76 zł/akcje), natomiast PZU wypłaci drugą transzę dywidendy o wielkości 942 mln zł (10,91 zł/akcje). W przypadku PZU wypłata nastąpi 9 września.

Podsumowując, to co w największym stopniu poróżniło oba debiuty to redukcja w przypadku PGE i ograniczenie zapisów w przypadku PZU. Ograniczenie nałożone przez Ministra Skarbu Państwa okazało się skutecznym narzędziem w walce z redukcją akcji na zapisach. Dzięki temu inwestorzy indywidualni uzyskali zadowalające zyski. Minister Grad zapowiedział, że taka sama strategia ograniczenia będzie obowiązywać przy prywatyzacji Tauronu. Jest to dobry sygnał dla inwestorów, ponieważ ponownie unikną oni redukcji - w ofercie PZU wzięło udział ponad 4 krotnie więcej inwestorów indywidualnych niż w przypadku PGE. W przypadku IPO PZU, Giełda Warszawska osiągnęła również największe w historii obroty. Wartość wyemitowanych akcji okazała się większa w przypadku PZU, jednak większa kapitalizacja firmy przypadła w udziale PGE. I na koniec, to co najważniejsze, a więc zyski. Zdecydowanie więcej zysku przyniosła oferta PZU i to ona cieszy się większą sympatią wśród inwestorów. Zmora redukcji w przypadku PGE spowodowała bowiem, że niezły wynik na debiucie nie zapewnił niestety dużych zysków.

Dane dotyczace IPO PGE i PZU / Forsal.pl