Po wykupieniu wszystkich akcji Apple, Microsoft, IBM oraz Google z portfela ubyłoby tylko 916 mld. Calutki arsenał amerykańskiej armii można mieć za 414 miliardów. Za resztę - złoto z bankowych skarbców.

Źródłem tej olbrzymiej nadwyżki jest eksport przewyższający zakupy za granicą. Dla większości obserwatorów, komentatorów i prognostów chińskie rezerwy są powodem zachwytów i przestrachu przed rosnącą chińską potęgą przejawiającą się także w bezpośrednich inwestycjach zagranicznych.

>>> Czytaj też: Upadające kraje Zachodu sprzedają obligacje Chinom. Polska chce do nich dołączyć

Bolesna prawda jest taka, że Chiny są zmuszone do eksportu kapitału, ponieważ nie są w stanie zwiększyć tempa i zakresu i tak już wielkich inwestycji wewnątrz kraju. Gdy więc spojrzeć z realnej perspektywy olbrzymia nadwyżka w formie rezerw walutowych jest wielkim garbem i porażką, zwłaszcza że składają się one niemal wyłącznie z greenback’ów. Barack Obama i członkowie jego rządu puścili w ruch maszyny do druku dolarów w procesie nazwanym humorystycznie quantative easing, czyli ilościowym luzowaniem. W części zwiększającej deficyt finansów publicznych USA są to bezwartościowe banknoty przeznaczone do palenia pod kotłem inflacji. Intensywna pogoń Chińczyków za inwestycjami bezpośrednimi, czy lokatami w euro, choćby za cenę śmieciowych obligacji emitowanych przez Greków i Irlandczyków, a niebawem także Portugalczyków, to chęć pozbycia się części posiadanych dolarów. Wszystko byle tylko nie dolary. Jesienią 2009 roku puścili nawet pogłoskę o możliwej zmianie waluty rozliczeń za ropę (dolary miały zostać zastąpione koszykiem walut w którym byłby także juan), ale minęło półtora roku i chętni się nie znaleźli.

Wielu wnikliwszych badaczy jest zdania, że chińskie oficjalne statystyki lepiej omijać szerokim łukiem. Jeden z nich, dr Derek Scissors z amerykańskiej Heritage Foundation (HF), w poszukiwaniu wiarygodnych ocen chińskich inwestycji zagranicznych konfrontował dane z Pekinu i Szanghaju z informacjami od firm powiązanych lub współpracujących w danym projekcie z Chińczykami. Według jego obliczeń chińskie bezpośrednie inwestycje zagraniczne wyniosły od 2005 r. do połowy 2010 r. prawie 200 mld dolarów, a więc dziś bliżej im już zapewne do 250 mld. Wartość ta nie obejmuje rzecz jasna zakupów amerykańskich obligacji rządowych.

Zakupy rzeczowych aktywów rosły bardzo szybko, ponieważ w 2005 r. ich łączna wartość wyniosła marne 8,4 mld dolarów. (wg chińskich statystyk było to 12,4 mld dolarów, przy czym China Global Investment Tracker obsługiwany przez Heritage Foundation obejmuje transakcje powyżej 100 mln dolarów). Wszystkich inwestycji było do polowy 2010 r. ok. 300. Numerem 1 w arkuszu kalkulacyjnym opatrzona jest budowa linii kolejowej w Angoli wyceniona na 350 mln dolarów, a ostatni numer 287 ma wietnamska elektrociepłownia węglowa ThangLong kupiona za 650 mln dolarów przez Wuhan KaidiElectric. Największe sumy idą na dostęp do australijskich surowców. Połowę środków wydanych przez chińskie firmy na inwestycje za granicą wessał sektor energii i energetyki, w którym do priorytetowych inwestycji w źródła ropy i gazu ziemnego dołączyły teraz zakupy pokładów i kopalni węgla. Bardzo widoczne są też inwestycje w metale (głównie kopalnie rud, zwłaszcza żelaza, 55,1 mld dolarów) oraz zakupy banków i nieruchomości (38,4 mld).

Pełna treść artykułu: Chiny mogą wykupić Manhattan. Stać je na wiele

Źródło nieznane
Chiński walec miażdzy powoli kraje Zachodu. Fot. Shutterstock / ShutterStock