Po wtorkowej sesji, w handlu posesyjnym, akcje spółki traciły ponad pięć procent, a w środę podczas normalnej sesji też traciły, ale tylko pół procent. Gracze skupiali się nadal na informacjach docierających z Europy.

Propozycje szefa Komisji Europejskiej, Jose Manuel Barroso były według mnie nijakie, ale rynki się ucieszyły. Plan dokapitalizowania banków składa się z prostych założeń. Mają przejść powtórne testy (poprzednie były jak widać pseudo-testami), a ich współczynniki płynności muszą zostać podniesione. Potem mają same szukać kapitału wśród prywatnych inwestorów, jeśli ich nie wystarczy to prosić rządy o dokapitalizowanie, a jeśli i to nie wystarczy to pomoże im fundusz EFSF. Barroso twierdzi też, że uruchomienie europejskiego systemu stabilizacyjnego powinno zostać przesunięte z 2013 na połowę 2012 roku (bardzo stary pomysł). Co w tym wszystkim było nowatorskiego lub zaskakującego? Nie mam pojęcia. Jedynym (też w sumie nie nowym) elementem było twierdzenie, że kolejna transza pomocy dla Grecji musi zostać wypłacona.

Zachęcone przykładem płynącym z Europy indeksy od początku sesji ruszyły w drogę na północ i zatrzymały się dopiero na 90 minut przed końcem sesji, kiedy zyskiwały już blisko dwa procent. Wtedy to rozpoczęła się realizacja zysków, która zredukowała skalę zwyżki o blisko 50 procent. Poziom super-oporu na NASDAQ został naruszony. Teraz potrzebne będą już naprawdę mocne impulsy, żeby pchnąć indeksy wyżej. Przydałaby się jakaś korekta.

W Warszawie złoty umacniał się nie przejmując się wypowiedziami profesor Zyty Gilowskiej (członka RPP) dla agencji Bloomberg, Twierdzi ona, ze bardzo prawdopodobny jest atak spekulacyjny na złotego w końcu roku. Uzasadnienie było kuriozalne – typowe dla ludzi, którzy nie rozumieją działania rynków. Zyta Gilowska uważa, że rynki będą chciały przetestować wolę obrony przez MF i NBP poziomu zadłużenia Polski w wysokości 60 proc. PKB (poziom konstytucyjny). Zakłada, że gracze są pozbawieni rozumu i będą atakowali wtedy, kiedy będzie najmocniejsza obrona. A przecież zdecydowanie lepiej jest zaatakować (jeśli w ogóle) wtedy, kiedy MF i NBP przez 3 kwartały nie będą miały interesu w obronie złotego, czyli po nowym roku.

GPW, podobnie jak inne giełdy europejskie, rozpoczęła środową sesję od niewielkiego spadku indeksu, reagując w ten sposób na głosowanie w parlamencie słowackim i raport kwartalny Alcoa. Potem, kiedy indeksy w Europie już rosły u nas pojawiła się wręcz euforia. Popyt usiłował za wszelka cenę kupić akcje, co w okolicy południa doprowadziło do wzrostu WIG20 o ponad 2,5 procent. Od tej chwili indeks powoli się obniżał, ale widać było, że byki całkowicie panują nad tym, co dzieje się na parkiecie. Nic dziwnego, że przed sesją w USA indeksy wybiły się ze stabilizacji. Po przemyśleniu wypowiedzi szefa KE nastroje zaczęły się psuć, ale potem amerykański optymizm umożliwił zakończenie dnia zwyżką WIG20 o 2,42 proc. Sygnały kupna umocniły się.

Reklama