Wśród ekspertów nie ma zgody w kwestii tego, jak w najbliższym czasie będą zachowywać się ceny złota. Z jednej strony można spotkać opinie, mówiące że w tym roku cena uncji kruszcu pobije rekord z września 2011 roku i dojdzie do 2000 dolarów. Z drugiej, nie brakuje prognoz, sugerujących koniec dobrej passy na rynku złota. Spośród 20 analityków, przepytywanych w grudniu 2011 roku przez agencję Reuters, ponad połowa była przekonana, że w ciągu trzech miesięcy notowania spadną do 1400-1450 dolarów za uncję. Jim Rogers, jeden z najbardziej cenionych inwestorów, pod koniec listopada ostrzegał przed korektą cen złota, jednak deklarował jednocześnie, że nie zamierza sprzedawać posiadanego przez siebie kruszcu. Analitycy Morgan Stanley przewidują, że w 2012 roku notowania złota osiągną poziom 2200 dolarów za uncję.

Z podobnymi rozbieżnościami opinii na temat perspektyw cen złota mamy do czynienia niemal od zawsze. Warto więc spojrzeć na rynek i ocenić jego perspektywy oraz samodzielnie podjąć decyzję. Niemal wszyscy, wypowiadający się o rynku złota podkreślają fakt, że hossa na nim trwa już bardzo długo. Dołek ustanowiony został w sierpniu 1999 roku, czyli 12 lat temu. Od tego czasu do szczytu z września 2011 roku kruszec podrożał o 662 proc. W trakcie tej hossy mieliśmy do czynienia z siedmioma poważniejszymi spadkowymi korektami. W ich trakcie ceny złota zniżkowały od 15 do 30 proc. Ta, której świadkami jesteśmy obecnie, na razie sięga 21 proc. i jest na trzecim miejscu pod względem głębokości. Choć więc jej skala robi wrażenie, to na tej podstawie nie można wyciągać wniosku o końcu tendencji wzrostowej. Także czas jej trwania nie skłania do nadmiernego pesymizmu.

Patrząc na wykres notowań złota trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z uderzającym podobieństwem do tego, co działo się na rynku w 2008 roku, czyli w pierwszej odsłonie globalnego kryzysu finansowego. W marcu 2008 roku, po ustanowieniu rekordu na poziomie 1032 dolarów za uncję, notowania w ciągu kilku dni spadły o ponad 12 proc. Pierwsza fala zniżki zatrzymała się 18 proc. poniżej szczytu, około półtora miesiąca po jego ustanowieniu. Po pierwszym szoku odreagowanie było równie imponujące i sięgnęło 17 proc. Kolejna faza przeceny była jeszcze bardziej dynamiczna niż pierwsza. W jej wyniku złoto potaniało o 25,5 proc. Ten cykl powtórzył się raz jeszcze. Notowania poszły w górę o 26,5 proc. i znów w dół o 27 proc. Cała spadkowa sekwencja miała więc strukturę trzech fal zniżek, przerywanych dwiema wzrostowymi korektami. Obecnie jesteśmy w trakcie drugiej fazy spadku. Jeśli założyć analogię do sytuacji sprzed trzech lat, wkrótce powinniśmy być świadkami ruchu w górę, po którym nastąpi ostatnia fala spadków. Mogłaby ona zakończyć się w okolicach marca na poziomie zbliżonym do 1345 dolarów za uncję. Dawałoby to 30-proc. spadek w całym ostatnim cyklu, identyczny, jak poprzednio.

Powstaje pytanie, czy taka analogia zachowania się rynku złota byłaby uzasadniona. Wiele wskazuje na to, że tak. Choć złoto uznawane jest za bardzo dobrą lokatę kapitału, często zdarza się tak, że w najbardziej nerwowych momentach na rynkach finansowych, traci na wartości, podobnie jak inne bardziej ryzykowne aktywa. Dzieje się tak najczęściej z dwóch powodów. Po pierwsze, w takich chwilach inwestorzy kierują swój kapitał ku lokatom najbardziej płynnym i bezpiecznym, czyli kupują dolary i amerykańskie obligacje. Dolar więc umacnia się, co powoduje spadek cen złota. Od sierpnia 2011 roku dolar umocnił się o 11 proc., co było jednym z głównych powodów spadku cen złota. W ostatnich latach złoto stało się też popularne wśród inwestorów finansowych, w tym tych nastawionych najbardziej spekulacyjnie, czyli różnego rodzaju funduszy. To także zaczyna mieć coraz większy wpływ na rynek kruszcu, powodując, że jego notowania zachowują się mniej stabilnie i są podatne na większe wahania. Nie bez powodu jesienią ubiegłego roku giełdy podniosły poziom depozytów zabezpieczających w handlu kontraktami na złoto, uznając, że rynek ten jest coraz bardziej ryzykowny.

Mimo to, można zaryzykować tezę, że obecnie, gdy uncja złota na giełdach kosztuje około 1550 dolarów, ryzyko inwestycyjne jest znacznie mniejsze niż przy cenie znajdującej się w okolicach 1900 dolarów. Obserwowane od kilku miesięcy spadki stanowią sygnał ostrzegawczy, ale nie świadczą jeszcze o tym, że trwająca dwanaście lat tendencja wzrostowa dobiegła końca i będziemy mieć do czynienia z długotrwałą bessą. Podstawowe warunki, sprzyjające zwyżce cen złota wciąż są aktualne. Kryzys zadłużenia w Europie nie został rozwiązany i można się spodziewać sporych perturbacji z nim związanych. Spowolnienie w globalnej gospodarce już jest widoczne, a zagrożenie recesją jest całkiem realne. To dwie przesłanki, przemawiające za wzrostem notowań kruszcu. Przeciw tej tendencji także mamy dwa argumenty. Pierwszy to wysokie prawdopodobieństwo dalszego umacniania się dolara. Drugim, coraz poważniej branym przez inwestorów pod uwagę, jest groźba deflacji, szkodząca notowaniom złota. Te czynniki prawdopodobnie nie będą miały trwałego elementu krajobrazu na rynkach finansowych. Warto pamiętać o gigantycznym zadłużeniu Stanów Zjednoczonych, o którym znów zrobi się głośniej, gdy tylko Europa zacznie wychodzić z finansowych kłopotów. Wówczas moc dolara osłabnie. Spowolnienie gospodarcze, czy nawet ewentualna recesja spowodują spadek presji inflacyjnej, ale jest bardzo mało prawdopodobne, że będziemy mieć na większą skalę do czynienia z deflacją. Będzie ona nadal występować w Japonii czy Szwajcarii, ale nie będzie mieć charakteru powszechnej plagi. W dłuższym horyzoncie można być pewnym, że inflacja będzie towarzyszyła nam jeszcze przez wiele lat, dopóki nie zniknie problem zadłużenia w Europie i Stanach Zjednoczonych. Sprzyjać jej w najbliższym czasie będzie wciąż luźna polityka pieniężna, a później wzmagać ją będzie rosnące tempo wzrostu gospodarczego, które prędzej czy później się pojawi.

Reklama