W polskich realiach przetargi ciągną się latami, mówi Dziennikowi Gazecie Prawnej Jakub Radulski, prezes Alstom w Polsce

Polskie elektrownie są przestarzałe i dlatego do końca dekady musimy wybudować kilkanaście tysięcy megawatów nowych mocy. Czy to w ogóle możliwe?
Przy tej skali i ilości projektów obserwuję zbyt dużo optymizmu na rynku. Potencjał wykonawczy krajowych firm pozwala na prowadzenie równocześnie trzech, czterech dużych projektów węglowych, a planuje się ich dwa, trzy razy więcej.

Skąd u pana tyle pesymizmu?
Raczej realizmu. Kluczem do powodzenia w realizacji wielkich kontraktów jest nie tylko dostęp do technologii, ale sprawdzona sieć poddostawców na rynku. Ich liczba w kategorii jakości usług i potencjału finansowego jest ograniczona. Naszą polską organizację budowaliśmy przez 15 lat, ale dzięki temu mamy wiedzę i potencjał do wybudowania dużego bloku o mocy powyżej 800 MW. Wsparcie globalne (spoza Polski) pozwala nam ograniczyć ryzyko realizacyjne i pozyskać niezbędnych partnerów z wewnątrz grupy. Dodatkowo zauważam też znaczące obniżenie kryteriów przetargowych. To bardzo ryzykowny ruch dla inwestora.

Ale logiczny. Projektów do zrealizowania jest wiele. Uznano więc, że trzeba poszerzyć rynek wykonawczy. Podobnie uczyniono w przypadku inwestycji drogowych.
To jednak oznacza podjęcie bardzo ryzykownej gry, bo budowa odcinka autostrady, to jednak nie to samo co stawianie bloku energetycznego. Zupełnie nie ta skala i złożoność przedsięwzięcia.

Co pana niepokoi najbardziej?
Na przykład sytuację finansową firm sprawdza się jedynie na etapie prekwalifikacji. To błąd, bo w polskich realiach przetargi ciągną się latami, a w tym czasie kondycja uczestników przetargu może zmienić się diametralnie. Wymagania dotyczące przychodów stawiane wykonawcom obejmują przedział od 0,4 do 3 mld zł. Kolejnym sprawdzanym parametrem jest posiadanie własnych środków finansowych lub zdolności kredytowej do 300 mln zł. Przy wartości inwestycji sięgających nawet 10 mld zł to zbyt mało.

Mówi pan tak, bo zwiększenie konkurencji nie jest na rękę Alstomowi.
Ale obniżanie kryteriów przetargów wcale nie przekłada się na większą liczbę ofert. W przypadku projektu Rybnik trzeba było pokazać referencje i mieć sprawdzoną technologię. I znalazło się trzech graczy, którzy spełnili wyśrubowane założenia koncernu EDF: Alstom, Hitachi i Doosan-Siemens. Chcę tylko powiedzieć, że w Niemczech i Francji nikt nie ryzykuje podpisywania kontraktów z generalnymi wykonawcami, którzy nie posiadają odpowiedniego doświadczenia. Szerokie otwarcie na energetykę spółek, które nigdy nie realizowały dużych bloków może obrócić się przeciwko inwestorom. Wielomiliardowe kontrakty niosą w sobie ryzyko ogromnych kar w przypadku niepowodzenia, a przy tej skali projektów, mogą one sięgać nawet kilkuset milionów.

Alstom coś na ten temat może powiedzieć…
Kary zawarte w kontrakcie trzeba płacić. Spóźniliśmy się w Bełchatowie i zawarliśmy już ugodę z PGE. Pięciomiesięczny poślizg w oddaniu bloku wyniknął z wielu przyczyn, głównie z powodu problemów z konstrukcją kotła. Dodatkowo do zaistniałego opóźnienia przyczyniły się również problemy organizacyjno - finansowe oraz jakościowe naszych poddostawców. Przezwyciężyliśmy je jednak. W tym samym czasie kilka podobnych inwestycji realizowanych w Niemczech opóźniło się znacznie bardziej.

Walka w przetargach zaostrza się. W Opolu PGE wybrało ofertę Polimeksu-Mostostal, a Alstom został wykluczony ze względów formalnych. Skoro popełniliście w ofercie błąd, to dlaczego blokujecie podpisanie kontraktu?
Przegraliśmy, dając ofertę tańszą o 100 mln zł, pomimo, że praktycznie jedynym kryterium wyboru oferty była cena. Oferta nasza spełniała wszystkie wymogi merytoryczne przetargu. Odwołujemy się od decyzji ponieważ mamy odmienne stanowisko co do interpretacji formalnego uchybienia niż klient.

Energetyka otwiera się nie tylko na nowych wykonawców z Polski ale i zagranicy. W Kozienicach wśród firm, które zostały zaproszone przez Eneę do składania ofert znalazł się chiński Covec. Ta sama chińska firma, która zawaliła budowę autostrady A2 z Łodzi do Warszawy, a potem banki zza Wielkiego Muru odmówiły wypłaty gwarancji.
Tutaj nie chodzi o konkretne firmy, tylko o obowiązujące prawo i powstające na jego podstawie kryteria. Zamawiający nie ma możliwości usunięcia z przetargu firmy, która według jego wiedzy może nie sprostać zadaniu i narazić go na ryzyko, ponieważ oferta tej firmy formalnie spełnia wszystkie wymagania. A te w polskich realiach można spełnić coraz łatwiej. Na przykład tzw. „zdolność techniczna” czyli stwierdzenie czy dana firma w ciągu ostatnich 10 lub 15 lat wykonała projekt podobny do zamawianego. Dla projektów węglowych wymaganie referencyjne dla wykonawców zostało ustalone na poziomie 400-500 MW w przetargach na budowę bloków klasy 800-1000 MW. A to są dwie różne inwestycje. Dodatkowo lider konsorcjum występującego w przetargu nie musiał takiego projektu referencyjnego wykonywać samodzielnie. Wystarczy, że wykaże się referencjami poddostawców.

I co w tym złego?
Zapis ten prowadzi do tego, że o bardzo skomplikowane projekty mogą ubiegać się firmy bez doświadczenia i zaplecza. Z punktu widzenia zamawiającego może to nieść za sobą duże ryzyko, gdyż dostawca technologii, producent podstawowych urządzeń technologicznych, nie ma bezpośrednich, kontraktowych relacji z zamawiającym a tym samym pojawia się problem serwisu tych urządzeń w długim okresie i inne ryzyka.

To dlaczego te firmy same nie staną do przetargów?
Wymagania stawiane w polskich przetargach publicznych są trudne do zaakceptowania, głównie te handlowe. W związku z tym wielu światowych dostawców technologii stawia się w roli firmy wspierającej i w takim przypadku całość ryzyk przejmuje tzw. generalny wykonawca. Wiele jednak zależy od inwestora. PKN Orlen, który we Włocławku planuje budowę bloku gazowego, wymagania kwalifikacyjno-referencyjne ułożył w taki sposób, że dostawca technologii i producent turbiny gazowej muszą być w bezpośredniej relacji z zamawiającym. Wyeliminował w ten sposób możliwość wsparcia się lidera konsorcjum referencjami poddostawców. Oddanie części kontraktów na budowę nowych mocy firmom, które nie mają odpowiedniego doświadczenia w branży energetycznej może mieć negatywny wpływ na przebieg modernizacji polskiej energetyki.

W jaki sposób organizuje się przetargi w innych europejskich krajach? Nie ma czepiania o przecinki?
Nie ma. Ostateczny wybór poprzedzony prekwalifikacjami to ocena techniczna oraz końcowa cena, która może być przedmiotem optymalizacji, gdyż zamawiający wybiera preferowanego wykonawcę i finalnie negocjuje z nim umowę na podstawie złożonej oferty. Proces nie jest sformalizowany i umożliwia uzupełnienie wymaganych dokumentów bez konsekwencji odrzucenia w przypadku braku lub spóźnienia w dostarczeniu wymaganych oświadczeń.