Suchodolska: Polak potrafi - oszczędności przez pączkowanie

Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
20 marca 2012, 03:15
Mira Suchodolska
Mira Suchodolska/DGP
Zła wiadomość dla jednych, innych może przyprawić o łzy radości. Tak będzie i teraz. A więc taksówkarze, adwokaci, notariusze i wy wszyscy, przedstawiciele innych reglamentowanych zawodów, śpijcie spokojnie.

Resort sprawiedliwości wymyśli nowe, wspaniałe przepisy, które zamydlą całą deregulację i sprawią, że wszystko będzie jak dotąd. Albo jeszcze lepiej. Domniemanie takie wynika nie tyle z mojej wrodzonej złośliwości (jestem istotą łagodną i życzliwą ludziom), ale z doświadczenia. Jakoś tak bowiem się składa, że za cokolwiek się resort ostatnio weźmie, wychodzi na opak. Weźmy sprawę asystentów sędziów – miało być ich tylu, by ułatwić i odbiurokratyzować zawodowe życie dam i dżentelmenów w sędziowskich togach. Ale nieszczęsnym asystentom tak mało płacą, że nawet łapanki nie pomagają, aby zapełnić wakaty.

Więc się stanowiska asystenckie likwiduje, na ich miejsce sadza zwykłych urzędników. Albo inna historia – ze służbą doręczeń sądowych. Gadania o niej było tyle, że można by wypełnić sto biurokratycznych szczytów. I na gadaniu poprzestano. No i mamy projekt najważniejszy – nagrywanie rozpraw miało skrócić i usprawnić postępowanie. Sędzia, zamiast dyktować protokolantce, co pisać, miał się zająć orzekaniem, bo wszystko zapisze się przecież samo.

Z jednym „ale”. W krajach z nie tak rozwiniętą jak w Polsce demokracją i praworządnością, np. w Stanach Zjednoczonych, wyroki zapadają po kilku, no, kilkudziesięciu dniach rozprawy. Pamięć sędziowska jest wówczas jeszcze świeża i nie ma problemu z przypomnieniem sobie, co kto mówił. U nas, kiedy do wyroku mijają lata, lepiej wszystkie zeznania mieć na papierze. Więc ten cały e-protokół trzeba będzie przepisywać.

Tyle że zajmie to dużo więcej czasu i będzie trudniejsze niż wówczas, kiedy sędzia dyktował esencję treści z nieskładnych wynurzeń świadków. Więc co? Zatrudni się nowych ludzi i dodatkowo im zapłaci. W czasach kryzysu, kiedy zakłady pracy robiły czystki w personelu, furorę zrobiło słowo „optymalizacja” – zastępowano nią brutalne pojęcie „zwolnienia grupowe”. W urzędach państwowych chętnie mówi się dziś o cięciach etatów. Przez pączkowanie.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna
Tematy: finanse
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj