Boom budowlany w Hiszpanii nakręcany był na masową skalę łapówkami dla lokalnych urzędników. Na początku stymulował szybki wzrost gospodarczy. Skończył się pęknięciem bańki na rynku nieruchomości.

Najgłośniejszy proces tego lata w Hiszpanii skupił na sobie uwagę wszystkich mediów – od tabloidów po poważną prasę ekonomiczną. Sprawa gwiazdy tamtejszej estrady jak w soczewce pokazuje skalę korupcji, która nadmuchała bańkę na rynku nieruchomości. Tę samą, której pęknięcie doprowadziło do obecnego kryzysu w iberyjskim kraju.

Isabel Pantoja, popularna w Hiszpanii artystka, jej dawny partner życiowy, a zarazem burmistrz śródziemnomorskiej Marbelli Julian Munoz oraz jego była żona Maite Zaldivar byli twórcami prostego, ale skutecznego sposobu wymuszania łapówek na przedsiębiorcach. W sumie śledztwo dotyczy 85 osób – byłych urzędników miejskich, adwokatów, policjantów i deweloperów działających w okolicach andaluzyjskiego kurortu.

Reklama

Według hiszpańskiej prasy afera Pantoja to uniwersalny schemat, który działał w całym państwie. Odkąd w 1998 r. konserwatywny rząd Jose Marii Aznara zliberalizował rynek nieruchomości i pozwolił samorządom na sprzedaż działek pod zabudowę, cały kraj ogarnęła budowlana gorączka. Jak pisze „Der Spiegel”, dla atrakcyjnych turystycznie lokalizacji prawo oznaczało coś na kształt licencji na drukowanie pieniędzy. Na przełomie 1999/2000 liczba budów w Hiszpanii była większa niż w Niemczech, we Francji i Włoszech razem wziętych. W samej Marbelli rocznie oddawano do użytku 7 tys. nowych apartamentów. Bańka napędzała gospodarkę, która przez następną dekadę rosła o 3 – 5 proc. w skali roku, szybciej, niż wynosiła wówczas średnia unijna.

Z drugiej strony zrodziła pokusę, której wielu urzędników nie potrafiło się oprzeć. Wśród nich ratusz w Marbelli. Schemat był prosty: w zamian za łapówki urzędnicy sprzedawali ziemię deweloperom po zaniżonej cenie. Pieniądze – jak utrzymuje prokuratura – były przekazywane w gotówce śpiewaczce, która wpłacała je na konta zarejestrowanych na siebie firm. W partiach po ok. 3 tys. euro na wpłatę, by uniknąć podejrzeń bankowych kontrolerów. Pantoja twierdzi, że pieniądze pochodziły z występów estradowych (większość była rzekomo opłacana gotówką) oraz utargu należącej do niej restauracji.

Prokurator utrzymuje, że burmistrz Munoz zarobił na łapówkach w sumie 3,5 mln euro, z czego 1,84 mln trafiło ostatecznie na konta sześciu firm zarejestrowanych na Pantoję. Na razie sąd dał obronie czas do 14 września na przeanalizowanie zgromadzonych dowodów i sformułowanie na ich podstawie linii obrony. Pantoji i Zaldivar grozi 3,5, a Munozowi 7,5 roku więzienia. Ich proces nie będzie z pewnością ostatnim.

Bankrutująca Katalonia: od milionera do zera

100 tys. katalońskich lekarzy, pielęgniarek i pracowników domów opieki zapewne nie dostanie w tym miesiącu pensji. Jednemu z najbogatszych regionów Hiszpanii brakuje pieniędzy na bieżące wydatki. Według „El Pais” chodzi o 400 mln euro. To skutek lat życia ponad stan. Władze starają się uspokoić społeczeństwo. – To przejściowe problemy z płynnością.

We wrześniu wrócimy do normy – przekonuje rzecznik katalońskiego ministerstwa gospodarki. Jego szef Andreu Mas-Colell przyznał jednak, że nie obędzie się bez pomocy ze strony funduszu płynności stworzonego przez rząd. Gdyby wziąć pod uwagę tylko wskaźniki dotyczące produktu regionalnego brutto (PRB), Katalonia na tle reszty kraju wygląda świetnie. Region ze stolicą w Barcelonie wypracowuje 19 proc. krajowego PKB, więcej niż którekolwiek z 18 innych wspólnot i miast autonomicznych.

W przeliczeniu na mieszkańca Katalonia zajmuje IV miejsce po Kraju Basków, Nawarze i Madrycie. Wzrost na północno- wschodnim krańcu Hiszpanii był nieco gorszy niż średnia krajowa, ale i tak imponujący. O ile Hiszpania w XXI wieku urosła o 71,3 proc., wzrost PRB Katalonii wyniósł 66,1 proc. Co się zatem stało? Barcelona ugięła się pod ciężarem zadłużenia.

Koniec deweloperskiego raju i problemy systemu bankowego sprawiły, że przestała kontrolować dług. A gdy w ubiegłym roku jeszcze socjalistyczny rząd Jose Zapatera nakazał regionom redukcję deficytu do 1,3 proc., Katalończycy powiedzieli „nie”. Aby osiągnąć taki wynik, regionalne władze musiały obciąć wydatki o 15 proc. i modlić się, by nie doprowadziło to do spadku budżetowych dochodów. Tymczasem zdyscyplinowanie władz lokalnych jest niezbędne, by Hiszpania uniknęła losu Grecji. Jednak samorządy, coraz bardziej się usamodzielniające, odpowiadają dziś za ponad połowę wydatków publicznych i 1/3 długu publicznego. Sama Katalonia jest zadłużona na 39 mld euro, sumę o 1/3 większą niż jeszcze rok temu.