W legendarnym już badaniu (patrz tekst – red.) pokazał pan, jak niewiele warte są eksperckie prognozy dotyczące polityki czy gospodarki. Zdziwiło pana, że fachowcy wypadli w nim tak fatalnie?

Jako grupa zupełnie się nie popisali. Trzeba jednak powiedzieć, że niektóre jednostki wypadły lepiej od innych. Nazwisk ujawnić nie mogę, bo badanie przeprowadzane było anonimowo.

A to pech...

Ale mogę ich opisać.

Prosimy.

W badaniu oprócz pytań o przyszłość była też prośba o ocenę samego siebie: swojego stylu prognozowania, stosunku do nowych faktów czy skłonności do autorefleksji. To było jeszcze bardziej interesujące niż samo przewidywanie przyszłości. Wyszło bowiem na jaw, że ekspertów można bez trudu podzielić na dwa typy. Nazwałem ich (za filozofem Izajaszem Berlinem – red.) lisami i jeżami. Lisy są kute na cztery łapy i bardzo pragmatyczne. Szukają niuansów i czerpią z różnych szkół myślenia. Nie przeszkadza im, że w jednym zdaniu powołują się jednocześnie na lewicę i na prawicę. Swoje ekspertyzy budują dopiero z tych klocków. Jeże podporządkowują wszystko jednej wiodącej idei. Jeż nie ma wątpliwości, że ZSRR upadnie, bo przecież tylko wolny rynek jest optymalnym ustrojem gospodarczym. Albo odwrotnie. Obecnie lewicowy jeż będzie przekonany o tym, że wkrótce nastąpi kolejna odsłona kryzysu gospodarczego, bo przecież taka jest natura systemu kapitalistycznego.

I który z nich rzadziej się myli?

Lis. Ale tylko trochę rzadziej.

Dlaczego?

Bo gra bezpieczniej. Jego osąd przypomina dzielenie włosa na czworo. Jeż wali prosto z mostu i jest bardziej radykalny. Dlatego siłą rzeczy rzadziej ma rację. Ale za to zdecydowanie bardziej lubią go media. To dlatego, kiedy myślimy o ekspercie, staje nam przed oczami raczej jeż niż lis.

Czy łatwo przyłapać lisy i jeże na błędach?

Teoretycznie dałoby się to zrobić. Trzeba tylko dokładniej śledzić ich prognozy. Na razie nikt tego nie robi.

Czyli na przykład obok felietonu Paula Krugmana w „New York Timesie” powinna widnieć notka: ekonomista, laureat Nagrody Nobla, od 2008 r. wygłosił 650 prognoz ekonomicznych, z czego sprawdziło się 64 proc.

Coś w tym stylu. Tyle że nikt nie ma interesu w tym, by sprawdzać prawdziwość eksperckich przepowiedni. Ani Paul Krugman, ani jego zwolennicy, ani media, które wykorzystują opinie specjalistów. Na dodatek eksperci potrafią znakomicie wykręcać się od odpowiedzialności za własne sądy.

Jak to robią?

Wygłaszamy sąd. Powiedzmy: „Quebec odłączy się od Kanady”. Po roku ktoś zarzuca nam, że wcale się nie odłączył. Na co my odpowiadamy spokojnie: „Oczywiście, że jeszcze się nie odłączył, ale tylko poczekajcie...”.

To może powinniśmy się obejść bez ekspertów?

To absolutnie niemożliwe. Psychologowie są przekonani, że człowiek ma wbudowaną potrzebę życia w świecie przewidywalnym, a dzięki temu bezpiecznym. Chcemy wierzyć, że wokół nas panuje porządek. Nawet jeśli nie jest to prawdą. Poza tym ekspertyzy to ogromny biznes.

Jaka była najbardziej niecelna opinia ekspercka, którą pan ostatnio usłyszał?

Trudno w ogóle cokolwiek wybrać, bo jest ich tak wiele. Na przykład sprawa konstytucyjności Obamowskiej reformy systemu ochrony zdrowia w USA. Większość ekspertów przez wiele tygodni była pewna, że dokument zostanie odrzucony. Stało się inaczej. A o nietrafionych ekspertyzach wszyscy najzwyczajniej w świecie zapomnieli.

Wiedząc to wszystko, musi pan mieć alergię na eksperckie prognozy nawet w codziennym życiu. Czy w ogóle korzysta pan z porad doradców finansowych lub inwestycyjnych?

Tak, ale tylko tych skromnych. Preferujących indeksy naśladujące rynek i niewymagających ode mnie ponoszenia zbyt wygórowanych kosztów transakcyjnych.

Philip Tetlock - amerykański psycholog, autor książki „Expert Political Judgment: How Good Is It? How Can We Know. Obecnie pracuje na Uniwersytecie Pensylwanii.